wtorek, 29 maja 2012

ZNIEWAGA

Dzisiaj przeżyłam największy zawód rodzicielstwa - moja córka nie chce czytać najważniejszej książki mojego dzieciństwa. Cóż za brak szacunku!  Jak ona mogła! Ta dzisiejsza młodzież nie zna świętości!



Spiewajaca lipka


Świętością mojego dzieciństwa była Śpiewająca lipka.  Może was zawiodłam, bo nie były to dzieła Puszkina, ni Ulysses Joyce'a, ambitni Grimmowie, ni poetycki Andersen (oni zaszli mi za skórę w inny sposób).  Znajdowałam się do tego najwyraźniej w całkiem pokaźnym gronie zadżumionych lipką, ponieważ do czasu, gdy wznowiła dzieło to wielkopomne Media Rodzina, wydanie z 1973 roku osiągało na wolnym rynku zawrotne ceny.  Mnie nie kusiło, ja miałam swoją.  Już bez obwoluty (nieliczni mieli obwolutę, z ilustracją z bajki o Czarodziejskiej fujarce), ale za to z piękną trawiastą okładką tłoczoną w liście.  Choć ukochane, nie zaczytane.  Niestety nie pokażę go tutaj, bo najwyraźniej ktoś buchnął moją lipkę, uprowadził, może ukochał na osobności, a może niecnie przehandlował. Nie ma.

Czytaliśmy więc ''to nowe''.  Może dlatego nie chwyciło?  - Nie chcę tego czytać, mam dość.  Może była zmęczona? Może to zemsta za to, że nie dałam dzisiaj wybierzyć książki do wieczornej sesji?  Jak babcię kocham, nigdy tak wcześniej nie mówiła.  Wstrząśnięta jestem.

Pamiętam, co prawda, pierwszy zawód.  "Lipka czytana dziesięć lat później".  Dlaczego te bajki takie krótkie?  Chyba były kiedyś dłuższe?  Dlaczego już się kończą?!  Ja chcę, żeby były dłuższe!  Cóż, w dzieciństwie Śpiewająca lipka wydawała mi się dłuższa i bardziej ilustrowana niż była. Bogatsza, piękniejsza, pełniejsza.  Jak to w miłości. Nie da się tego racjonalnie wytłumaczyć. Bajka najulubieńsza, o lisicy, która wylizywała garniec, dała nawet imię każdemu, kto niecnie wyżerał najlepsze kąski z lodówki.  Ta bajka nie trwa nawet dwóch pełnych stron!
- Jak dziecku na imię?
- Wylizywacz Brudas.

Spiewajaca lipka


"Obrazki", czyli ilustracje Heleny Zmatlíkovej, Wehrbergerovej z domu.  Tak wyglądała w 1994 roku.  Kochają ją chyba cały czas w Czechach...  Prosta charakterystyczna kreska wypełniona kolorem, duże nieproporcjonalne oczy, świńskie noski parobków i haczykowate klasy wyższej, nochale drwali i innych chłopów. Rysowałam takie w poszukiwaniu nosa doskonałego.  Albo ten wirek na główkach grzecznych chłopczyków.  Kajzerki musiały być chyba na nich wzorowane.  Serduszkowate listki, "elektryczne" diabły, a jak już narysowała włosek to był włochaty z najwłochatszych, choć prostą kreską maźnięty, miałam wrażenie, że osiadł mi na języku.  Każdą, nawet najmniejszą ilustrację ze Śpiewającej lipki wdrukowaną mam w katalog wizualnej pamięci.  Bieda na piecu, Janek-Polanek, czarnowłosy królewicz w studni, kogut z pierścieniem w dziobie, Holena o świńskiej twarzy, szewc z dziatwą w morzu dukatów. Sama nie wiem, czy to nie przekleństwo.

Spiewajaca lipka


 Tak czy siak:  Ta zniewaga krwi wymaga! 


Spiewajaca lipkaŚpiewająca lipka. Bajki Słowian Zachodnich
wstęp Tomasz Derlatka
posłowie Helena Kapeluś
ilustracje Helena Zmatlíková
przekład Ligia Jasnoszowa
wydawnictwo Media Rodzina
okładka twarda
format 18 x 23,5



Wydawnictwu dziękuję za udostępnienie egzemplarza.

8 komentarzy:

Bazyl pisze...

U mnie chłopaki też jakoś były i są bajkooporne :) Andersen ilustrowany Szancerem kurzy się na półce. Ale o dziwo, ostatnio czytany "Rozbójnik Hotzenplotz", który zawiera wiele baśniowych elementów, został połknięty z zapałem. Dziwy!
A tak a propos wyboru książek do czytania, to ja już nawet nie próbuję oponować.
PS. Wybierasz się na TKdD w Krakowie?

Pani Zorro pisze...

Nie, do Krakowa się nie wybieram.

poza rozkładem pisze...

A czemu to Grimmowie przynależą do tych "ambitnych"? ;)
Andersen chyba ambitniejszy (bardziej "literacki")...

Pani Zorro pisze...

Na tyle, na ile "baśnie" różnią się od "bajek", czyli odpowiedź z cyklu akademickich.

Pikinini pisze...

Ja tez uwielbiałam Śpiewającą Lipkę! Odkąd zginęła mi w szkolnej świetlicy (na podstawie jednej z baśni wyreżyserowałam tam jedno przedstawienie kukiełkowe, stała się dla mnie nawet jakimś idyllicznym mitem idealnej książki;)
Teraz mamy jej nowe wydanie i dzieci podeszły do lektury, bez mojego entuzjazmu.

Mój ostatni zawód to dość chłodne przyjęcie "Hobbita" przez Rozalię. Czyta go już dość długo (w tym czasie pochłonęła na boku chyba z 10 innych książek)i twierdzi, że jakoś akcja jej się dłuży!!! Nie mogę w to uwierzyć.

aneta pisze...

A może Franka jest za mała? Mój starszy syn właśnie dostał Lipkę od nas z okazji I Komunii Św. w towarzystwie innych kilku tomów baśni z MR i zabrał się za lekturę wszystkich naraz. Pięciolatka nie ciągną. Nie zmuszam. Zaczekają.

Pani Zorro pisze...

Może to rzeczywiście najlepiej sprawdza się przy samodzielnym czytaniu?

Pani Zorro pisze...

A oto DOWÓD mojej fascynacji.
Rysunek "z dawnych czasów, znaleziony w tzw. "odmętach".