czwartek, 6 lutego 2014

BIBLIOTEKA NA ZAWSZE

Biblioteki - szkolne i dzielnicowe - były ważnym miejscem mojego dzieciństwa, jednak nie pamiętam ani jednej relacji ja-bibliotekarka. Widzę konkretne miejsca, nieskończone rzędy papieru pakowego i klepkę. Biurko w oddali. Świętą ciszę.  W bibliotece nie można było bowiem rozmawiać nawet o książkach, nawet, jeśli w niej całej była tylko jedna jedyna bibliotekarka - strażniczka księgozbioru.  Z biblioteki wziął się mój kot, na imię było mu Lew, choć nie siedział pod półką z Tołstojem. Wyciągałyśmy go zza kaloryfera z przyjaciółką. Tak więc żadna bibliotekarka nie odcisnęła piętna na moich wyborach, chyba ważne było, żeby tak jak my im, one nam nie przeszkadzały, gdy po kolei wypożyczałyśmy książki z listy „literacki kanon XX wieku”.
- Dzień dobry, chciałem pożyczyć „Władcę much”.
- A ile masz lat?
Z bibliotekami mam teraz przyznam na pieńku* i tę relację musiałam ostatnio gruntownie przemyśleć, ponieważ [raz]: byłam zaproszoną przez bibliotekę, [dwa]: byłam zbesztaną przez bibliotekę, [trzy] o bibliotekach się mówi.

[raz]
Zaprosiła mnie na spotkanie z bibliotekarzami Miejska Biblioteka Publiczna w Katowicach, a że nie byłam pierwszą, podrzucono mi listę tematów do poruszenia, których nikt przede mną nie poruszał, bo te, które chciałam poruszyć były już poruszane. Na liście pytania, poruszające same ważne kwestie, wśród nich takie, na które nie znam odpowiedzi:  Skąd się bierze w mediach „czarny PR” bibliotek? oraz Jak widzi biblioteki Znak Zorro?

[dwa]
Poszłam do biblioteki x, żeby odświeżyć Niziurskiego i okazało się, że nie mogę wypożyczyć ani ja (4,80 w bibliotece y), ani mój syn (1,80 w bibliotece z).  Nie mogę zapłacić za y i z w x, bo muszę pójść najpierw do y, a potem do z, choć może też być odwrotnie. Na końcu w każdym razie zawsze będzie powrót do x.  Zapisałam córkę, bo y i z były już zamknięte.  Mój syn ma już bibliotekofobię. Boi się odpowiedzialności, którą być może będzie musiał ponieść za mnie.

- Wyjątkowo! Nie wypożyczamy nikomu z rodziny, jeśli którakolwiek osoba ma na koncie zaległość.



Na przykład doskonale pamiętam bibliotekarkę, która zapisywała mnie do biblioteki miejskiej miasta San Francisco w roku 1990. Starsza pani w kolorze siwy blond. Gdy przyszłam, wstała i przywitała mnie z otwartymi ramionami. Nie pytała o pesel, ojca o pozwolenie nie prosiła, ba!, mogłam wziąć więcej niż dwie książki**, tak od razu i po prostu. Książkę wypożyczoną i przeczytaną wrzucało się do otworu, zwanego u nas wrzutnią. Jeden z nielicznych przypadków, gdy obiekt nieistniejący w naszej kulturze ma swoją polską nazwę. Być może zawdzięczamy ją bankomatom.
- A pani sobie wyobraża, co oni by tam wrzucali?!
O te wrzutnie kruszę kopię od początku***, bo (nie)regularnie płacę kary. 20 groszy za każdy dzień i każdą nieoddaną książkę, weekendy wliczone.****  Płacę, naturalnie, robiąc tour de Warszawa-Wola, bo nie można w jednym miejscu i na jedno konto.*****  Oczywiście, że powinnam pamiętać, kiedy działa każda z bibliotek, i kiedy kończy się termin wypożyczenia, w końcu pamiętam trzy pesele, dwa kody do domofonu, numer konta, dziesięć loginów i tyleż haseł, kod do telefonu w pracy, nip, oraz trzy kody do kart, hasła dostępu do wszystkiego online, bo jesteśmy eko i profi, termin opłaty za szkołę, uczelnię, prąd, gaz i telefon, oc oraz czynsz (pod groźbą trafienia do piekła), gdzie położyłam książeczkę zdrowia, dowód osobisty, cztery paszporty, dwa odpisy aktu urodzenia, kluczyki od samochodu i dokumenty, w tym ubezpieczenia; chyba o czymś zapomniałam, tak, gdzie są skarpetki syna.  Człowiek wraz z członkostwem w bibliotece podpisuje kolejny cyrograf na duszę i bierze na siebie ewentualne pogróżki firmy windykacyjnej, tylko czy ma ochotę na kolejną nierówną relację feudalną?  Wielu mówi nie, nie chce tam być nawet za darmo. Manuela Gretkowska się cieszy i Terry Deary. Pozabiblioteczni kupują książki. Czasem.

Bo jest na przykład biurko - jak w szkole lub urzędzie. Biurko ma w Polsce w przestrzeni publicznej wymiar symboliczny.  Ustala relacje, wyznacza strefy, przywołuje do porządku.  Walczy z nim nowy symbol otwartości, czyli dywanik. Zupełnie nieskutecznie.  Dywanik też nie ma w naszej kulturze dobrego PR.    Oczywiście trzeba gdzieś postawić komputer - niech to będzie kontuar.  Drugi kot za płot (zaraz po wrzutni).



[trzy]
Pod filmem promującym program promocji czytelnictwa tupią bibliotekarze szkolni. W Krytyce Politycznej kolejny artykuł. Szkolnym bibliotekom w zeszłym roku się upiekło, nie zostały skazane na łaskę i niełaskę samorządów, jednak na jak długo?

 Zatem co? Oczywiście pieniądz na książki i na normalne godziny pracy, ale przede wszystkim pieniądze na przerzucenie akcentów z instytucji na człowieka. Człowieka-klienta, człowieka-partnera, człowieka-uczestnika, ale także człowieka-bibliotekarza.  Człowiek-bibliotekarz winien mieć możliwość rozwoju, poszerzania horyzontów, uczenia się od tych, którzy przyjazne instytucje współtworzą od dawna.  Zatem stypendia wyjazdowe dla ludzi-bibliotekarzy.  Inwestycja w człowieka opłaca się najbardziej.  Może wtedy taki człowiek-bibliotekarz wyjdzie zza biurka, przybije człowiekowi-klientowi piątkę, jak mnie ta pani, gdy miałam 17 lat i chciałam się wkręcić w piśmienniczą kulturę amerykańską.  I będzie się starać zmienić strukturę od wewnątrz, i ludzie lgnąć będą do bibliotek, bo będzie można wejść, nie bać się, swobodnie pobyć.  Spotykam bibliotekarki o niesamowitej energii, lecz zdają się być przygniecione protokołem.  Struktura bowiem, narzuca zachowania, co więcej, będąc w strukturze nie widzi się absurdów codzienności. Na przykład tego, że  odprawia się z kwitkiem tych, którzy w ramach zadośćuczynienia przynoszą świeże i konkretne książki, za to ochoczo startuje się do konkursu o wdzięcznej nawie „tona książek", zawsze to więcej towaru.  Albo w ramach informacji na temat wrzutni, podaje aktualne położenie geopolityczne Polski.***   To nie Ameryka, drodzy państwo!  Na zakończenie tekst sprzed roku (styczeń 2013), ze strony biblioteki w Tarczynie, archiwalny już, bo Tarczyn też musiał przyznać, że „klient musi przebywać w bibliotece", żeby miała ona sens:

„Nasza strona powstała , aby spopularyzować w naszej gminie i naszym regionie przede wszystkim godziny otwarcia naszej placówki. Interesanci nagminnie od ponad 50 lat przychodzą kiedy im się podoba i nie interesuje ich, czy biblioteka jest teraz czynna czy nie. Serdecznie informuję wszyskich iż nasza biblioteka ma coś zwanego godzinami wewnętrznymi - czyli drzwi są otwarte ale jest to czas nie dla interesantów tylko na np. porządkowanie księgozbioru. Klient nie powinien w tym czasie przebywać w bibliotece."

Uwielbiam biblioteki, przede wszystkim skarby, które w nich drzemią, o zgrozo, właśnie starocie, których często nie chcą, jednak jeśli nie przejdą przemiany ponad sztandarową sfetyszyzowaną „internetyzację”, mogą w pewnym momencie stać się placówkami zbędnymi. Współczynnik opłacalności przestanie się podobać (nakłady vs ilość odbiorców) i to, co wykończyło ambitne produkcje telewizyjne, uśmierci i biblioteki. Nie chciałabym być tego świadkiem, bo w przeciwieństwie do tych, którzy tylko reformują, ja jeszcze praktykuję wypożyczanie. In cognito, można by rzec.   I tym doświadczeniem, czasem niechlubnym, próbowałam się tu z wami podzielić.

- - - - - - 
* W 2011 roku napisałam do Dyrektorki Biblioteki Publicznej w Dzielnicy Wola, pani Anny Grędzińskiej, a odnośniki, czyli gwiazdki poniżej i związany z nimi tekst pochyły i w cudzysłowie to odpowiedzi na moje problemy.  

** Zapisałam drugie dziecko i dowiedziałam się, że może wypożyczyć tylko dwie książki, choć od 10 lat wypożycza starsze (10 sztuk na głowę), zapisana też jestem ja (10 sztuk na głowę).  Zatem przykre rzeczy - odpowiedzialność za kary - dzielimy wszyscy, przyjemne - możliwość wypożyczania wielu książek - nie. 

*** „Jak powszechnie wiadomo Polska jest w Europie i działa tak jak pozwalają na to polskie realia, a przede wszystkim możliwości finansowe. Od kilku lat Biblioteka Publiczna w dzielnicy Wola stara się o fundusze na zamontowanie wrzutni nocnej. Z tego co mi wiadomo żadna Biblioteka Publiczna w Warszawie nie dysponuje wrzutnią." 

**** „Biblioteka Publiczna w Dzielnicy Wola m.st. Warszawy nalicza opłaty za przetrzymanie materiałów bibliotecznych na podstawie Regulaminu korzystania z materiałów i usług Biblioteki Publicznej w Dzielnicy Wola ms.t. Warszawy wprowadzonego Zarządzeniem Nr 7/2011 Dyrektora Biblioteki Publicznej w Dzielnicy Wola m.st. Warszawy z dnia 1 kwietnia 2011 r. Na podstawie art.14 ust.4 ustawy z dnia 27 czerwca 1997 r. o bibliotekach (Dz. U. Nr 85 poz. 539 z późn. zmian.), w związku z art. 17 ustawy z dnia 25 października 1991 r. o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej (t.j. Dz. U. z 2001r., Nr 13, poz. 123 z późn. zm.) oraz § 5 Statutu Biblioteki Publicznej w Dzielnicy Wola m.st. Warszawy stanowiącego załącznik nr 12 do uchwały Nr XXXII/714/2004 Rady m. st. Warszawy z dnia 1 lipca 2004 r. w sprawie zmian nazw i nadania statutów bibliotekom publicznym Biblioteka Publiczna w Dzielnicy Wola, zgodnie z § 35 ww. Regulaminu."

***** Nie mogę się z Panią zgodzić, ponieważ Biblioteka Publiczna w Dzielnicy Wola m.st. Warszawy dysponuje kontem bankowym, którego numer podany jest do publicznej wiadomości na stronie BIP Biblioteki http://www.bpwola.waw.pl/index.php/biuletyn-informacji-publicznej.html. Nie jest prawdą, że czytelnik musi objeżdżać wszystkie filie to jest decyzja czytelnika a nie wymóg instytucji.

Sprawdziłam po dwóch latach: strona pokazuje Error 404, a bibliotekarze cały czas nie wiedzią, że jest jakiekolwiek wspólne konto, na które można wpłacić wszystkie brakujące kwoty we wszystkich dzielnicowych bibliotekach. 

„Muszę się z Panią zgodzić i potwierdzić, że czytelnik na koncie bibliotecznym nie widzi bezpośrednio, w której filii ma naliczoną opłatę za przetrzymanie, ale widzi na czerwono zaznaczony termin zwrotu. Kolor czerwony informuje, że termin minął. Czytelnik zalogowany na swoim koncie widzi także tytuł i autora książki więc jest w stanie zidentyfikować wypożyczoną książkę, w której jest pieczątka z adresem filii."    Chyba, że książkę zwrócił...       
     

10 komentarzy:

zefiryna pisze...

Mi bardzo pomogły internetowe i smsowe przypominajki od bibliotek, że za tydzień mija termin oddania i ponowna, że już jutro. Uwielbiam bibliotekę na Wilanowie, bo tam bibliotekarki i bibliotekarz mają zawsze dobry humor i są naprawdę na różne sposoby skłonni obchodzić system dla czytelnika a kary przyjmuję z uśmiechem na ustach. To jest biblioteka czynna każdego dnia od 9 do 20. Panie na Mokotowie zjednałam sobie książkami nowościami, a najbliżej domu mam bibliotekę, co prawda ubogą i rzadko czynną, ale za to bez systemu komputerowego w ogóle. Nie ma kar w związku z tym.

aeljot pisze...

Widzę kolejny plus mieszkania w małym mieście - dzieci chodzą do biblioteki, gdzie pracuje pani, która pamiętam mnie w wieku mojej najstarszej córki :) Jest miło, swojsko i przyjaźnie. Wypożyczamy zawsze więcej niż nasz limit (3 x 4 książki) i dla obu pań jest to normalne.

Chociaż do biblioteki dla dorosłych to już nie chodzi się tak miło. Panie są niemiłe, wiecznie naburmuszone, nie daj Boże jak szukałam coś w katalogu i musiały szukać na półkach (później zauważyłam, że mają katalog komputerowy ale co tam, niech się czytelnik męczy i szuka).

Mała czcionka pisze...

Ponarzekałabym z Tobą na biblioteki, bo znalazłoby się parę rzeczy do zmiany, ale podobno nie podcina się gałęzi, na której się siedzi. Biblioteka dzielnicowa to jedyny czynnik polskiej polityki socjalnej, który nas dotyczy, nie licząc warszawskiej karty miejskiej dla rodzin wielodzietnych, której przywilej posiadania spłynął na Najstarszą, dzięki rozpoczynającej się kampanii samorządowej. Tak czy siak, gdyby nie biblioteka nie przeczytalibyśmy/obejrzeli/skrytykowali/rzucili w kąt tych siat książek, które tydzień w tydzień wynosimy do domu. Przeboleję, że bibliotekarki nie zawsze mają czas, że nie zawsze są kompetentne, że stoję w ogonku do biureczka, że w katalogu nie można wyszukiwać książek po wydawnictwach, że zwroty nie są egzekwowane i jedna z książek, na którą (bez większej nadziei) czekam ma termin oddania styczeń 2012 (!). Jest dobrze, bo jest, ma bogaty księgozbiór, nie brakuje nowości, mogę rezerwować, zamawiać, przedłużać termin, a to wszystko siedząc przed własnym ekranem.
Czekam z niepokojem, kiedy dobra passa się skończy i, tak jak na Mokotowie, nie będzie pieniędzy na nowości i skrócą godziny pracy o połowę...

MAMAtyka pisze...

Widzę, że miałam szczęście - córy należą do biblioteki, w której Pani Bibliotekarka sama z siebie przedłuża termin zwrotu książek - od 5 lat. W bibliotece dla dorosłych grzecznie płacę i podpowiadam tytuły nowych książek. Zgadzam się - brakuje wrzutni!

miko pisze...

No i widzisz... co dzielnica, to inne porządki. My mieszkamy na Mokotowie i mamy karty (razem 4) w systemie Mateusz, który obejmuje wszystkie mokotowskie biblioteki i ma wspólny internetowy katalog, z którego możemy korzystać. Biblioteki, do których chodzimy - na Domaniewskiej i na Melsztyńskiej - mają duży księgozbiór i miłą, uczynną obsługę. Na każdą kartę możemy wypożyczyć 5 książek i nierzadko wychodzimy z bardzo obciążonymi plecakami, bo każdy chce coś wypożyczyć. Każdy, bo dzieci mamy zarażone książkami i chodzić do biblioteki bardzo lubią. Ostatnio zdarzyło mi się kilka razy oddać książki z opóźnieniem. Szedłem, jak na ścięcie, z poczuciem że należy mi się kara za to wykroczenie... Tymczasem "Tak? Tylko dwa tygodnie?" było jedyną odpowiedzią.

Sytuacja niemal idealna - byłoby świetnie, gdyby dzielnica Mokotów zamiast na "promocję czytelnictwa" przeznaczyła więcej pieniądza po prostu na biblioteki... bo ostatnio zaczęły zamykać przed zmrokiem, jako że nie mają na prąd. O kupowaniu nowości i tym podobnych rzeczach nie wspomnę, bo jeśli coś nowego jest kupowane, to z datków czytelników.

Ot.

Pani Zorro pisze...

Tak, ludzie się zmieniają, czas na symbole. I oby nie ograniczały ludzi w swoich poczynaniach.

Joanna pisze...

Co do bibiotekarek - wszystko zależy do szczęścia. Ja w liceum pół życia spędziłam w bibliotece i to nie tylko dlatego, że grzebałam między półkami, ale też dlatego, że Bibliotekarka była niesamowicie wręcz przyjazna i pomocna nie tylko na płaszczyźnie bibliotecznej, ale i na zwykłej "Coś się stało? Jak chcesz, to możemy pogadać, akurat mam chwilkę" międzyludzkiej płaszczyźnie (na pewno pomagał w tym fakt, że biblioteka była malutka, a więc i zajęć nie tak przytłaczająco dużo).
A co do ścigania zaległości do dziesiątego pokolenia, to do dziś mam w pamięci sytuację z liceum, gdy idę z kumpelą do biblioteki (innej niż powyższa) i nie dowierzam jej, że nigdzie jej nie chcą zapisać ze względu na jakąś zaległość sprzed wielu lat rodziców. Nie dowierzam, bo idziemy do małej osiedlowej biblioteczki, bez żadnych komputerów, więc skąd by tam wiedzieli o jakich długach... a tu na nazwisko kumpeli błysk w oczach bibliotekarki... i wyciąga tłusty zeszyt, wertuje go, po czym następuje zwycięskie "AHA!". Ale koniec końców łaskawie zapisała kumpelę. Do dziś się zastanawiam, czy znała nazwiska wszystkich dłużników z województwa na pamięć...
A już zupełnie swoją drogą rzuciłam okiem na odnośniki z opiniami ubogich artystów, co to ich biblioteki chleba pozbawiają i tradycyjnie krew mnie zalała. Primo, zamienię się z każdym z nich na dochody i zobaczą, co to znaczy być ubogim i np. wychodzić od lekarza ze zwieszoną głową, bo nas nie stać na leki/szybki zabieg. Secundo, nie zamierzam w życiu zapłacić za jakikolwiek produkt, z którego wartością się nie mogłam zapoznać. Na mięsnym ukroją mi kawałeczek szynki, w odzieżowym przymierzę sweter, w RTV mi uruchomią komputer, a przy kupnie książki mam się zadowolić cudzą recenzją albo marketingowo umiejętnie wybranym fragmentem. Niech sobie sami jeansy kupują oceniając je po jednej nogawce :/. Tyle ględzenia, jak zawsze miło wpaśc na bloga tego :).

Pani Zorro pisze...

Książkę możesz sobie obejrzeć w księgarni. ;)
I tak może się stać, jeśli biblioteki nie będą miały pieniędzy nie tylko na zmianę symboliczną, ale także na zakupy.

Joanna pisze...

Też prawda :). Aczkolwiek dla mnie zapoznanie się z książką oznacza przeczytanie co najmniej stu stron - zdarzało mi się byc zachwyconą lub zniesmaczoną książką po przeczytaniu zaledwie kilkudziesięciu, po czym okazywało się potem, że byłam w całkowitym błędzie ;). A mało księgarń daje możliwośc klapnięcia sobie i przeczytania sensownego kawałka (a co ciekawe np. w Japonii była kiedyś kampania sponsorowana przez, a jakże inaczej, wielkie wydawnictwa przeciwko czytaniu w księgarniach, bo oczywiście godzi to w biednych autorów i ich zarobki ;) ).

Pani Zorro pisze...

Opowieści biblioteczne z Ministerstwa K. i D.N. Może kogoś zainspirują.