piątek, 28 lutego 2014

MARCIN SZCZYGIELSKI ::: WYWIAD

Marcin Szczygielski z mamą (1974)
MARCIN SZCZYGIELSKI (1972) ::: pisarz, dziennikarz, grafik. Debiutował w 2003 roku książką dla dorosłych PL-BOY. Dziewięć i pół tygodnia z życia pewnej redakcji. Pierwszą powieść dla młodzieży wydał w 2009 roku. OMEGA z ilustracjami Bartka Kocięby (Arobala) zdobyła tytuł Książki Roku 2010. Od tamtej pory Marcin Szczygielski łączy zdawałoby się niemożliwe na polskim gruncie - pisanie dla (bardzo) dorosłych (14 tytułów) i zupełnie nie dorosłych (5 tytułów), kolekjonując kolejne nagrody i wyróżnienia (PTWK, IBBY, Konkurs literacki im. Astrid Lindgren). Gdyby nie zaczął pisać dla dzieci, prawdopodobnie dla mnie i dla wielu jego talent pozostałby nieodkrytym (na pewno dzieciom pozostałby obcy). Na nowym gruncie Marcin Szczygielski nie tyle pokazał się z innej strony, co doskonale wpasował w znaczącą lukę - niedobór współczesnych opowieści dla dzieci starszych. Jest to także znacząca jakościowo obecność.

Zadałam kilka pytań, część z nich mi kazano, część kazałam sobie sama. Was także zachęcam do ich zadawnia w komentarzach. Wszystkie przekażę Marcinowi Szczygielskiemu, a ostatnią jego powieść, Arkę czasu tej osobie, na pytanie której bohater dzisiejszego wywiadu zdecyduje się (mam nadzieję) odpowiedzieć. Rozwiązanie 28 maja, kiedy to na torcie jubilata pojawią się 42 świeczki.




* * *
- Których książek sprzedałeś w ostatnim roku więcej: dla dzieci, czy dla dorosłych?

- Podobnie jak w ubiegłych latach i w 2013 zdecydowanie więcej kupiono egzemplarzy moich książek dla dorosłych, niż dla dzieciaków. Jeśli miałbym przedstawić to w procentach, książki dla młodszych czytelników stanowią około 30% całej puli moich tytułów, które znalazły nabywców. Ale czytelników miały chyba więcej, bo wśród dzieci jest znacznie większe współczytelnictwo - jedną książkę czyta niekiedy nawet kilkanaście osób, w przypadku książek dla dorosłych raczej nie więcej niż cztery, czy pięć.

- Jak doszło do tego, że w ogóle zabrałeś się za pisanie dla dzieci? Stąd gdzie byłeś twórczo niekoniecznie wskakuje się na działkę dziecięcą.

Kiedy zdecydowałem, że chcę zmienić swoje życie, zamknąć etap pracy grafika i zająć się tylko pisaniem, moim pierwszym projektem literackim była książka dla młodszego odbiorcy. Był rok 2000. Napisałem kilkanaście stron i uświadomiłem sobie, że nie mogę zadebiutować utworem dla dzieci, bo po prostu zbyt mało potrafię i napisanie takiej książki byłoby z mojej strony nieodpowiedzialne. Zawsze uważałem, że dobra literatura dla dzieci jest równie istotna, a może nawet istotniejsza od tej tworzonej dla dorosłego czytelnika, bo w znacznie większym stopniu może wpłynąć na odbiorcę. Mnie samego w dużej mierze kształtowały książki, które czytałem w dzieciństwie i dobrze pamiętam, że po niektóre nie powinienem był wtedy sięgać. Uznałem więc, że z pisaniem dla dzieci muszę poczekać, aż do niego dorosnę. Zadebiutowałem więc humorystycznym PL-BOYem i dobrze się stało, bo o książce szybko zrobiło się głośno, a ja błyskawicznie zdobyłem spore grono czytelników i upewniłem się, że pisanie rzeczywiście może być dla mnie nową życiową drogą, a do tego - co nie jest bez znaczenia - mogę się z niego utrzymać. Kiedy w kilka lat póżniej ukazał się mój Berek i wybuchło to całe zamieszanie wokół powieści oraz mojego życia, dotarło do mnie, że jeśli następna książka, którą opublikuję, będzie dotykała podobnych tematów, zapędzę się w kozi róg, w którym znalazło się już kilku innych polskich autorów książek „gejowskich". Nienawidzę szufladkowania i przylepiania etykiet, a w naszym kraju taki system obowiązuje chyba jeszcze silniej niż w innych, ale nie jest to tylko kwestia mojej niechęci, a po prostu instynkt samozachowawczy - gdybym został zamknięty w jakiejś szufladzie, po prostu zacząłbym się dusić i błyskawicznie zabrakłoby mi oddechu, by opowiadać. Ile można napisać takich książek? Przykłady moich kolegów po piórze niestety dobitnie pokazują, że może dwie, lub trzy, a potem przychodzi blokada i kolejne produkcje stają się coraz słabsze. Uznałem więc, że nadszedł czas, by spróbować z literaturą dziecięcą. Zrobiłem sobie rok przerwy i zabrałem się za pisanie Omegi. Ta powieść pierwotnie miała zamknąć się w 200, może 300 stronach, jednak zaczęła mi się błyskawicznie rozrastać i ostatecznie - z trudem - udało mi się ją ograniczyć do 600 stron. Omega stała się, jak do tej pory, moją najwspanialszą przygodą z pisaniem - nigdy wcześniej praca nie była dla mnie taką frajdą, jak podczas opowiadania o przygodach tytułowej bohaterki. Dość szybko zdawałem sobie sprawę, że to przedsięwzięcie non profit, bo pod setką ilustracji do książki, które tworzył mój kolega Bartek Arobal, objętość, kolorowy druk itd. sprawiły, że produkcja Omegi była niezwykle droga i ta książka nie mogła na siebie zarobić. Szczęśliwie akurat wtedy dostałem propozycję prowadzenia w TV programu rozrywkowego i przyjąłem ją, bo honorarium umożliwiło mi sfinansowanie Omegi. Książka się ukazała, przyszły wyróżnienia i nagrody, a ja odetchnąłem z ulgą - nie tylko udało mi się uciec z szuflady, ale także otworzyła się przede mną nowa, wspaniała droga w pisaniu.

Omega (2009)


- Dlaczego Omega „wysypała się" z ciebie właśnie w tej formie?

Pisałem ją w taki sposób, w jaki chciałbym, aby napisana była powieść, którą czytałbym kilkadziesiąt lat temu, gdy sam byłem dzieckiem - np. zawsze podobały mi się książki pisane w czasie teraźniejszym i opowiadane w pierwszej osobie. Omega swoją budową przypomina to, o czym mówi, czyli grę komputerową, albo serial telewizyjny. Każdy rozdział jest nowym poziomem, odcinkiem, który z poprzednimi splata osoba główna bohaterka i nadrzędny wątek, ale który sam w sobie stanowi zamkniętą całość, różniącą się w dodatku językiem, sposobem przedstawiania historii i klimatem. Są więc rozdziały mroczne, są komediowe. Są takie, które mają wartką akcję, takie, które są zagadkowe, a inne surrealistyczne. Omega także w swojej formie miała być - w moim zamierzeniu - syntezą sposobów opowiadania, zgodnie ze znaczeniem tytułu. Zależało mi na tym, aby stworzyć nowoczesną książkę dla młodego odbiorcy, nie odwołującą się do konkretnych wzorców. Choć jest to powieść magiczna, tytułowa bohaterka nie ma żadnych zdolności magicznych - tę rolę pełni u niej wiedza i znajomość techniki. Zależało mi też, aby przedstawić rozwój Omegi - pierwszy rozdział, obyczajowy, jest nieco senny i wyciszony - taki, jaka była wcześniej bohaterka, zamknięta w swoim własnym świecie, unikająca kontaktu z rówieśnikami i tłumiąca swoje emocje. Z każdym kolejnym Omega, choć wcale jej się to nie podoba, musi coraz bardziej otwierać się na świat, zmierzyć ze swoimi emocjami, dorosnąć, a wreszcie - stanąć do ostatecznej walki z samą sobą. Towarzyszące jej od pierwszego poziomu Dziecko, które okazuje się alter ego dziewczynki, jest początkowo nijakie - mówi o sobie w rodzaju nijakim, nie jest ani dobre, ani złe, nie ma płci. Gdy Omega się rozwija, gdy zdobywa życiową mądrość i świadomość, dokonuje istotnych wyborów, pozostaje niewinna - jej złe doświadczenia skupiają się w Dziecku, które rośnie tym szybciej, im szybciej Omega uczy się dorosłości. Gdy w ostatnim rozdziale Omega musi zmierzyć się z Dzieckiem, walczy o to, jakim będzie człowiekiem - tak samo jak w nieuświadomiony sposób zmaga się sam ze sobą każdy wkraczający w dorosłość nastolatek.

- Jeśli Omega się z ciebie „wysypała", to co się stało z chyba najlepszą twoją powieścią, czyli Czarnym młynem?

Nie wiem, czy mogę zgodzić się z tezą, że Czarny młyn jest najlepszą z moich powieści dla dzieci - na pewno uważam tę książkę za najlepiej skonstruowaną ze wszystkich, jakie napisałem i najsprawniejszą warsztatowo. Ale w moim odczuciu więcej prawdy o współczesnych dzieciakach niesie Omega, a istotniejsza w kategoriach bezwzględnych wartości, jakie powinna nieść literatura dla młodszych, jest z mojego punktu widzenia Arka czasu i z niej chyba też jestem najbardziej dumny. Geneza Czarnego młyna jest wyjątkowo błaha, a powód, dla którego powstała ta książka - zawstydzająco naiwny. Gdy ukazała się Omega zapanowała wokół niej całkowita cisza, co było dla mnie wyjątkowo frustrujące. Po pierwsze, jako autora rozpieściło mnie zapewne to, że wszystkie moje książki dla dorosłych natychmiast po premierze wywoływały reakcje (niekoniecznie wyłącznie pozytywne, ale odczuwalne) - pojawiały się recenzje, niekiedy odsądzające mnie od czci i wiary, a niekiedy entuzjastyczne, w krótkim czasie dostawałem sporo sygnałów od czytelników i listów. Po drugie, Omega była pierwszą moją próbą pisania dla innych czytelników, byłem więc mocno stremowany i czekałem na werdykt - czy taka droga jest słuszna dla mnie, jako dla pisarza, czy też powinienem z niej zrezygnować. Ponieważ jednak żadnej reakcji nie było, pomyślałem, że zgłoszenie książki na jakiś konkurs literacki rozwieje moje wątpliwości. Pomysł banalny, ale dla mnie wtedy odkrywczy, bo od czasu nauki w liceum nie brałem udziału w żadnych konkursach pisarskich. Nie miałem bladego pojęcia jakie konkursy są w naszym kraju organizowane, zacząłem więc szukać i trafiłem na informację o konkursie im. Astrid Lindgren. Niestety okazało się, że do oceny nadsyłać można tylko prace wcześniej nieopublikowane. Był koniec grudnia, termin mijał z końcem stycznia. Wtedy uznałem, że mógłbym napisać coś nowego specjalnie na konkurs, a gdyby tak się stało, że jury zauważyłoby moją książkę, być może zwróciłoby to też uwagę na Omegę. Wyjechałem samochodem do Szczecina, aby spędzić święta z mamą. Podczas drogi, za siatką oddzielającą autostradę A2 między Koninem a Poznaniem, zobaczyłem grupkę dzieciaków, które bawiły się na łąkach. Biegały z kolorowym wózkiem nieopodal jakichś ruin popegeerowskich. Zacząłem się zastanawiać, jak wygląda ich życie w takim miejscu - i tak pojawił się pomysł Czarnego młyna. Cała historia ułożyła mi się w głowie podczas podróży, musiałem tylko ją spisać. Skończyłem książkę na dwa dni przed terminem oddania prac, zdążyłem ją wydrukować, oprawić i wysłać - okazało się, że Czarny młyn wygrał konkurs. Zanim jednak dowiedziałem się o tym, zaczęły pojawiać się recenzje Omegi i dostałem za nią dwa pierwsze wyróżnienia. Dopiero później dotarło do mnie, że ta 600-stronnicowa książka wymagała od czytelników i recenzentów zwyczajnie więcej czasu, aby mogli przez nią przebrnąć i ją przetrawić.




- Omega - dziewczyna, Iwo z Czarnego młyna - chłopak, ale otoczony mieszanym towarzystwem, Łukasz z Za niebieskimi drzwiami - znowu chłopiec, Czarownica piętro niżej i Maja - dziewczyna. Czy płeć bohatera odgrywa znacznie?

Dla mnie tak, bo inna będzie opowieść, której bohaterem jest chłopak, a inna, gdy bohaterką będzie dziewczyna. Kiedyś wydawało mi się, że łatwiej jest mi pisać o przeżyciach i emocjach dziewczyn, czy kobiet, ale przekonałem się już, że tak nie jest. Gdy tylko pojawiał mi się pomysł na nową historię, od razu wiedziałem, czy przeżywać ją będzie Iwo, Łukasz, Rafał, czy też Omega, albo Majka. Nasze postrzeganie świata determinuje płeć mózgu - gdyby Omega była chłopakiem, który przeżywałby te same przygody, inaczej by je odbierał, zwracałby uwagę na inne ich aspekty i na innych by się skupiał. Pamiętam, że ogromne wrażenie zrobiły na mnie wieloletnie obserwacje czynione w środowiskach pierwszych żydowskich kibuców. Kobiety i mężczyźni mieli w nich takie same prawa i obowiązki, źle widziana było podkreślanie różnic płci. Pierwsze pokolenia - odreagowując schematy w jakich zostali ukształtowani - chętnie na taki model życia przystali. Kobiety orały pola, mężczyźni zajmowali się szyciem, a chłopcy i dziewczynki dostawali identyczne ubrania i zabawki. W kolejnym pokoleniu jednak zaczęły zarysowywać się między nimi pewne różnice, które nie wynikały z wychowania, ale z naturalnych predyspozycji i zaczęły przejawiać się przede wszystkim w dziecięcych zabawach. Pomimo tego, że i chłopcy, i dziewczyny nosili podobne stroje, byli podobnie strzyżeni i identycznie traktowani, okazało się, że ich zabawy wyglądają inaczej. Chłopcy wybierali takie zajęcia, w których mieli do czynienia z przedmiotami i aktywnością fizyczną, dziewczyny natomiast te, które wiązały się ze słowami i wyobraźnią. Nawet jeśli więc zabawa była wspólna, inaczej postrzegały ją dziewczynki, a inaczej chłopcy - podobnie sprawa ma się z ich przeżyciami w moich książkach.

- Czy któryś z tych bohaterów jest tobie bliższy? Jaki jest / był Marcin Szczygielski?

Najbliższa jest mi chyba Omega - opisując jej życie przed grą, opowiedziałem kilka historii z własnego dzieciństwa. Także jej sposób postrzegania świata i reakcji na niego jest chyba najbardziej podobny, jakim sam się odznaczałem, gdy miałem 8-10 lat. Ale też młodsza od Omegi Maja z Czarownicy piętro niżej to w pewnym sensie ja z wakacyjnych okresów spędzanych u dziadków. Stosunek Iwo do książek jest identyczny z moim, gdy miałem tyle lat ile ma on w Czarnym młynie. Moje cechy ma też Rafał z Arki czasu, czy Łukasz z Za niebieskimi drzwiami - te dzieciaki to też ja. Tak samo jest w przypadku moich książek dla dorosłych - Pawłowie i Anny z Berka i Bierek, Magda i Ina z Pocztu Królowych polskich, a wreszcie Zośka z Les Farfocles i Marcin z PL-BOYA - wszystkie te postaci mają pewne moje cechy, zarówno takie, z których jestem zadowolony, jak i takie, których się wstydzę, a może nawet i takie, do których sam przed sobą nie chcę się przyznać. Podstawowa różnica między moimi bohaterami dziecięcymi i dorosłymi jest taka, że ci pierwsi są czyści i bezwzględnie pozytywni, natomiast dorośli najczęściej bardziej skomplikowani, a niekiedy wręcz irytujący i negatywni. Zabawne, że nie jest to efektem mojej decyzji - takie sposób ich przedstawienia po prostu zaistniał.


- Jesteś synem artystów, mama - Iwona Racz-Szczygielska - śpiewała w „Filipinkach", ojciec - Cezary - występował na scenie, między podstawówką, a liceum zmieniłeś także miejsce zamieszkania. Jakie było twoje dzieciństwo? Do której wizji ci bliżej: okresu sielskości i totalnego szczęścia, czy też wizji małej bezbronnej istoty skazanej na niezrozumiały sobie świat dorosłych?

To kim byli moi rodzice z mojego punktu widzenia nie miało większego znaczenia, bo mama była mamą, a tata był tatą - ich życie zawodowe nie wydawało mi się czymś niezwykłym, bo takie było i już. Traumatycznym przeżyciem była przeprowadzka z Warszawy do Szczecina, gdy skończyłem 12 lat - nie potrafiłem się przystosować do nowego miejsca, nie lubiłem nowej szkoły i nowych kolegów. Wagarowałem wtedy bez przerwy, choć oczywiście „załatwiałem" sobie podkładki, bo wyszkoliłem się niebywale w symulowaniu chorób i na ogół bez problemu udawało mi się wydobyć zwolnienie lekarskie w przychodni. Przeciętnie wtedy przez dwa tygodnie w miesiącu chodziłem do szkoły, a przez dwa pozostałe siedziałem w domu. Obok mojej przychodni znajdowała się biblioteka, po każdej wizycie uwieńczonej sukcesem pędziłem więc do wypożyczalni i wracałem objuczony książkami. Mama chyba nawet nie zdawała sobie z tego wszystkiego sprawy, bo pracowała bardzo dużo, a ja jakimś cudem nie miałem zaległości w nauce i paradoksalnie właśnie w tamtym czasie dostawałem najlepsze oceny. Wtedy wydawało mi się, że jestem okropnie nieszczęśliwy, ale dziś wspominam ten okres całkiem nieźle - właśnie dzięki książkom, bo one zastąpiły mi rzeczywistość i dostarczały niesamowitych emocji. Ogólnie moje dzieciństwo wspominam jako wspaniały czas, ale nie wiem, czy chciałby przeżyć je ponownie. Nie z racji przykrości, ale ze względu na ograniczenia - dziecko jest małe, ubezwłasnowolnione, nie posiada pieniędzy, nie może decydować o sobie, musi wykonywać polecenia. Dla wielu ten stan jest błogi, ale mnie denerwował odkąd zdałem sobie z niego sprawę, czyli mniej więcej od 6 roku życia.  Zamieszkałem sam i sam zacząłem o sobie decydować jeszcze przed 18 urodzinami, jestem bardzo wdzięczny mojej mamie, że mi to umożliwiła i się temu nie sprzeciwiała, choć wiem, że było to dla niej trudne, bo jesteśmy ze sobą bardzo mocno związani, a ja jestem jedynym jej dzieckiem.

- Jaki jest więc twój stosunek do dziecka w sobie? Zakumplowałeś się, czy walczysz?

Nigdy w taki sposób na to nie patrzyłem, bo nigdy nie przestałem być tym paroletnim chłopakiem, który biegał do biblioteki, albo z wypiekami na twarzy buszował na straganach pod Pałacem Kultury i Nauki podczas majowych targów. Czasami zdarza mi się, że wracam do niektórych książek czytanych przeze mnie wtedy, bo chyba wszystkie zachowałem do dziś na półkach. Niekiedy te wyprawy są rozczarowujące, ale czasami okazują się równie wspaniałą przygodą, jak trzydzieści lat temu. Ostatnio przeżyłem coś takiego z książkami Kira Bułyczowa, które uwielbiałem jako dzieciak i okazało się, że nadal je lubię. Myślę, że gdybym oddzielił się od tego dzieciaka we mnie, nie mógłbym spisywać opowieści dla młodszych czytelników - zdecydowanie ten dziecięcy „ja" jest moim największym przyjacielem zarówno w życiu, jak i w pracy.

- Co literacko kształtowało cię w dzieciństwie i wczesnej młodości?

Przede wszystkim nie „co", a „kto", bo gdyby nie moja mama, pewnie dużo później odkryłbym książki. Moja mama zawsze czytała bardzo dużo i właściwie każdy kąt w domu zajmowały książki. Nawet w przeszklonych witrynach, w których matki niektórych moich kolegów z przedszkola, czy
podstawówki ustawiały kryształowe koszyki i filiżanki, u nas były zajęte przez książki. Mama wybierała dla mnie książki bezbłędnie i chyba nie pamiętam ani jednej literackiej „wpadki". W dodatku zawsze sięgała po książki teoretycznie przeznaczone dla dzieci nieco starszych niż ja byłem w danej chwili, a to sprawiało, że te literackie seansy miały leciutki posmak zakazanej przygody. Ogromne wrażenie robiły na mnie książki Verne'a, które czytała mi w czasach przedszkolnych. Muminki, trylogia Edith Nesbit o pięciorgu dzieciach i inne książki tej autorki, choćby Tajemnicze miasto, historie o Mary Poppins, książki Frances Hodgson Burnett, przygody Tomka Alfreda Szklarkiego, książki Centkiewiczów, Pan Samochodzik - chyba mógłbym wymieniać bez końca. Gdy już zacząłem czytać sam - ostatnią książką, którą przeczytała mi mama było W pustyni i w puszczy - sięgałem po książki dla młodzieży, a później, gdy zupełnie już oswoiłem się z literami, chwytałem wszystko, co wpadło mi w ręce. Bardzo często trafiałem na książki, których raczej nie powinienem był czytać w wieku siedmiu, czy dziewięciu lat, niektóre bardzo mocno zapadły mi w pamięć i chyba niekoniecznie dobrze na mnie wpłynęły.

- Które to lektury „źle na ciebie wpłynęły"?

Jako dzieciak przeczytałem mnóstwo książek, które nie były przeznaczone dla ludzi w moim wieku. Sporo było takich, których na pewno nie powinienem był czytać. Bardzo dobrze pamiętam moją reakcję na Grona gniewu Steinbecka, które wziąłem z maminej półki, gdy miałem może osiem, czy dziewięć lat. Przeczytałem ją całą, chociaż dosłownie od niej chorowałem, bo to depresyjna lektura nawet dla dorosłego człowieka, wyposażonego w psychiczne bariery obronne. Wstrząsnęła mną scena karmienia piersią umierającego mężczyzny przez jedną z bohaterek, nie mogłem uwolnić się od tego obrazu w głowie i wywoływał on we mnie realne mdłości przez długi czas. Dziwacznie wpłynęły też na mnie Wędrówki z moim Guru Żukrowskiego, naprawdę przeraził zbiór Toeplitza Polskie opowieści z dreszczykiem - te książki przeczytałem, gdy byłem w drugiej klasie podstawówki. Ale pamiętam też książkę przeznaczoną dla młodszych odbiorców, która mnie wyjątkowo silnie straumatyzowała - była to powieść Biały Bim czarne ucho Trojepolskiego. Żałowałem, że ją w ogóle przeczytałem. Pamiętam też książkę Margaret Forester Podróże Maudie Tipstaff, którą przeczytałem w wieku dziesięciu lat podczas ferii zimowych spędzanych w Warszawie - wydała mi się okropnie przygnębiająca i pamiętam dobrze, że gdy ją skończyłem, pomyślałem, że jeśli tak wygląda dorosłe życie i jego finalny etap, to wolałbym nie dożyć osiemnastych urodzin. To był absolutnie serio sprecyzowany wniosek, jakkolwiek komicznie brzmi on dzisiaj w odniesieniu do dziesięciolatka.

- Każda książka to także kilka stron podziękowań, niektóre sięgają daleko wstecz, jak te z Czarnego młyna: polonistce z podstawówki w Warszawie i polonistce z liceum w Szczecinie. Bez nich rzeczywiście by cię nie było?

Podziękowania umieściłem tylko w kilku z moich książkach - tam, gdzie rzeczywiście uznałem, że moja historia nie powstałaby, gdyby nie konkretne osoby. Najbardziej rozbudowane są oczywiście w monografii Filipinek, bo nigdy nie opisałbym historii zespołu, gdyby nie dziesiątki osób, które mi pomogły. Parę lat temu, gdy Czarny młyn miał się ukazać, uważałem, że od strony rzemiosła literackiego - pod względem konstrukcji, psychologii bohaterów i samej opowieści - jest to moja najlepsza z dotychczasowych powieści. Powstała błyskawicznie, ale chyba po raz pierwszy odkąd zacząłem na poważnie zajmować się pisaniem, miałem poczucie, że w mojej książce „wszystko gra", uznałem więc, że muszę w niej podziękować osobom, bez których nigdy nie mógłbym być pisarzem. Traf chciał, że były to same kobiet.  Moja mama, która nauczyła mnie kochać książki, gdy byłem mały poświęcała mnóstwo czasu na to, aby ze mną o nich rozmawiać i czytała mi je odkąd pamiętam. Moja wychowawczyni z warszawskiej szkoły podstawowej, pani Barbara Michalak, która na lekcjach polskiego do literatury przywiązywała największą wagę, a postępowała w taki sposób, że czytanie szkolnych lektur nie było przykrym obowiązkiem, a po prostu przyjemnością. Ona też pierwsza zachęcała mnie do pisania i namówiła do udziału w szkolnej olimpiadzie polonistycznej. I wreszcie moja wychowawczyni z liceum w Szczecinie, do którego przeprowadziłem się pod koniec nauki w podstawówce, pani profesor Iwona Stypuła-Dworak. Byliśmy pierwszą klasą, którą objęła po ukończenia studiów, miała w sobie ogromny zapał i niespożyte siły. Prowadziła zajęcia w niestandardowy sposób, zmuszała do myślenia, które ceniła wyżej, niż wykucie na blachę materiału lekcyjnego. Ona także zachęcała mnie do pisania i nakłoniła do dwukrotnego udziału w konkursach literackich i dziennikarskich, które zresztą udało mi się wygrać. Prowadziła koło teatralne Miłośników Melpomeny, do którego należałem - co tydzień jeździliśmy do teatrów w Poznaniu, niekiedy do Warszawy i Krakowa.  Omawialiśmy przedstawienie, pisaliśmy recenzje, sami wystawialiśmy spektakle, z którymi odwiedzaliśmy inne szkoły i domy kultury na Pomorzu Zachodnim - to była wspaniała przygoda. Nauczyła nas - a przynajmniej mnie - tego czym jest teatr, nauczyła go rozumieć. Bez niej pewnie nie zdecydowałbym się na to, aby zająć się pisaniem sztuk.  Czarny młyn był w moim odczuciu doskonałą okazją, aby im podziękować.

- Światy równoległe, pewna obcość, elementy magiczne. „Skąd on ma pomysły na te wszystkie przygody?", zakrzyknął pewien jedenastolatek.  Mnie interesuje także twój zestaw ulubionych motywów. Świadomy czy też nie? 

Jako dzieciak uwielbiałem książki, w których pojawiały się te elementy. Dzieciństwo to czas, w którym wszystko wydaje się możliwe, magia jest prawdopodobna i akceptowalna. Podróż windą może zmienić się w międzygwiezdną wyprawę, a zwierzęta mogą przemówić w każdej chwili. Nie wyobrażam sobie dobrej książki dla małych czytelników pozbawionej tych elementów, bo one są naturalną częścią ich życia, a wręcz być powinny, bo kiedy, jak nie na tym etapie życia? Świetnie napisane, wiarygodnie skonstruowane i poruszające książki obyczajowe dla dzieci pozbawione magii często są wychwalane przez dorosłych, ale czy zachwycają też najmłodszych? Mnie, jako dzieciaka, nużyły. Wybór takich wątków w moimi pisaniu jest więc dla mnie nawet nie tyle świadomy, co oczywisty. A z punktu widzenia rozwoju młodego człowieka te elementy mają bezcenną wartość - uczą otwartości, abstrakcyjnego myślenia, poszerzają horyzonty i uwrażliwiają.

Czarownica piętro niżej


- Warszawa - Łukęcin - te miejsca oznaczasz w książkach. Miejsca-klucze?

Najczęściej piszę w moim domu nad morzem w Łukęcinie, ale nie wynika z to jakichś szczególnych magicznych właściwości tego miejsca - po prostu mam tam spokój, miejscowość jest malutka, poza sezonem mieszka w niej zaledwie kilkadziesiąt osób. Mogę wyłączyć telefon, odciąć się od internetu i pisać, choć oczywiście lubię to miejsce i dobrze się w nim czuję, a to też ma znaczenie. Pisanie w Warszawie jest znacznie trudniejsze, bo bezustannie coś mnie tam rozprasza, ktoś czegoś chce ode mnie, dzwoni telefon, albo dzwonek u drzwi, ale zdarza mi się pracować też i tam. Zresztą pisałem w wielu miejscach - zdarzało mi się nawet pisać w samochodzie, w samolocie, w pociągach, w hotelach. Poznałem dosłownie dziesiątki ludzi, którzy deklarowali, że chcieliby pisać książki, nawet określali się jako pisarze, choć niczego jeszcze nie skończyli (nie mówię o wydaniu książki, ale o rozpoczęciu opowieści i doprowadzeniu jej do końca). Wzdychali i mówili, że pisaliby, gdyby mogli - gdyby mieli odpowiednie biurko i krzesło, właściwy widok za oknem, sprzyjającą pogodę, nastrój, czas i.t.p. Początkowo nawet myślałem podobnie, jednak tak nie jest - teraz jestem trochę zły na siebie, że nie zacząłem pisać wcześniej, że czekałem z tym do trzydziestki. Żeby pisać, trzeba pisać i tyle - potrzebna jest wola, cierpliwość i mobilizacja. Czasami wymaga to sporego wysiłku, bo są dni, kiedy nie chce mi się siedzieć przed komputerem, ale każdy dzień przestoju oddala mnie przecież od finału. Nigdy nie zabieram się do pisania, jeśli nie wiem dokładnie, co chcę napisać, po co i dla kogo. Jeżeli opowieść idzie mi opornie, odkładam ją na chwilę i zaczynam coś innego. Człowiek, który chce pisać, musi lubić samotność - ktoś kto nudzi się sam ze sobą, potrzebuje bez przerwy towarzystwa innych, kocha imprezy i wisi na telefonie godzinami nie będzie pisarzem, nawet jeśli uda mu się wyprodukować jedną, czy drugą książkę. To jest zawód przede wszystkim dla samotników - jeśli więc coś miałoby być kluczem do pisania, to byłby to charakter.

- Jak jest teraz, gdy już „stałeś się pisarzem dla dzieci" - piszesz na zamówienie, czyli „jest temat, zobaczę, co da się z niego wyciągnąć", czy też czekasz na olśnienie i za nim podążasz? Szukasz tematów „w sobie", czy też patrzysz na ludzi, którzy kręcą się po ulicy?

Przede wszystkim nie uważam się za „pisarza dla dzieci", a po prostu za człowieka, który zajmuje się pisaniem dla ludzi zarówno starszych, jak i młodszych. Nie cierpię książek pisanych na zamówienie, zresztą do tej pory dopiero dwukrotnie dostałem takie propozycje - jedna dotyczyła powieści dla dorosłych, a druga dla dzieci. Pierwszej nie przyjąłem, do drugiej się przymierzałem. Miała to być jedna z książeczek wydawanych w cyklu Muzeum Powstania Warszawskiego. Napisałem ją, ale jednak nie nadaję się do pracy pod dyktando. Uwagi, które przekazywał mi dział marketingu tej placówki sprawiały, że krew zalewała mi oczy ze wściekłości. Były idiotyczne, a w dodatku formułowane w tak irytująco protekcjonalny sposób, że po drugiej rozmowie natychmiast wycofałem się z projektu, bo uświadomiłem sobie, że ostateczny produkt tych „narad" byłby słaby i nie chciałbym się pod nim podpisać. Najwyraźniej nie umiem tworzyć powieści we współpracy z innymi, ale nie dotyczy to pisania w ogóle, bo moje sztuki teatralne powstają zupełnie inaczej. Tu nie mam problemu z wprowadzaniem zmian, dostosowywaniem tekstu do wymogów aktorów i reżysera, choć to oczywiście zelży od tego kim są oni i on. Znakomicie współpracuje mi się z Olafem Lubaszenką, który wyreżyserował dwie moje sztuki, bardzo cenię też Ewę Kasprzyk, Joannę Kurowską, Pawła Małaszyńskiego i Leszka Żurka - za każdym razem uważnie ich słucham i najczęściej zgadzam się z ich sugestiami, bo przecież teatrem rządzą inne prawa niż literaturą, a oni są ludźmi teatru w znacznie większym stopniu, niż ja. Pisanie jest moim zawodem, nie mogę więc sobie pozwolić na siedzenie, spoglądanie w obłoki i wyczekiwanie na kosmiczną iskrę natchnienia.
Jeżeli pomysł na nową opowieść nie pojawia się sam, po prostu go szukam - przeglądam stare roczniki pism, oglądam filmy, czytam książki, rozmawiam z ludźmi, siedzę w bibliotekach i czytelniach, a wreszcie - buszuję w internecie. Ale najczęściej jest tak, że nowa opowieść przychodzi do mnie sama - tak było na przykład z Czarnym młynem, czy Pocztem Królowych polskich, bo pierwszy zawdzięczam przypadkowi, a drugi wizytom w podwarszawskim Domu Artystów Weteranów Scen Polskich, który odwiedzałem towarzysząc Stefanii Grodzieńskiej gdy spotykała się ze swoimi mieszkającymi tam przyjaciółmi.

- Mówisz, że „obserwujesz współczesne dzieciaki". I jakie wnioski?

To pytanie zasługiwałoby na odpowiedź o wiele dłuższą, niż cała nasza rozmowa. Próbując zamknąć się w kilku słowach, powiedziałbym tak:  dzieci są takie, jakie jest ich teraźniejszość i otaczający ich świat tu i teraz. Nie mają swojej przeszłości, z której czerpałby doświadczenie, nie mają tarcz, w które wyposaża nas życie. Chłoną wszystko, jak gąbka. Żyjemy w chaotycznym, pospiesznym, przeładowanym informacją świecie, który zabiera nam czas, dając w zamian miliony wściekle kolorowych błyszczących paciorków - wydają się ogromnie atrakcyjne w swoim nagromadzeniu, ale brak czasu uniemożliwia nam ich dokładniejszą analizę i odkrycie, że nie mają wartości. Współczesne dzieciaki, bombardowane na każdym kroku, w każdej sekundzie milionami bodźców, są się takie, jak otaczająca ich rzeczywistość - rejestrują ogromnie dużo szczegółów, ale tym samym mogą poświęcić im bardzo mało uwagi. Wydają się o wiele bardziej rozwinięte, niż dzieciaki w czasach gdy sam byłem jednym z nich, mają o wiele większy zasób słów, instynktownie odnajdują się w nowoczesnych technologiach i są powierzchownie błyskotliwe, jednak nie wytwarza się w nich potrzeba refleksji, z której w przyszłości mogłaby wytworzyć się umiejętność odróżniania tego, co jest wartościowe od chłamu. Dlatego dziś rola dorosłych, nie tylko rodziców, ale wszystkich, którzy na dzieci mogą mieć wpływ, jest znacznie ważniejsza, niż była kilkadziesiąt lat temu i nie tylko polega już na byciu wychowawcą, ale także - a może nawet przede wszystkim - przewodnikiem.

- Jakich tematów byś nie dotknął w książkach dla dzieci?

Chyba związanych z seksem. Nie potrafię udzielić jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy należy o nim dzieciom mówić i wcześnie je uświadamiać, czy też nie. Jednak jestem pewny, że ja sam o pisać nie umiałbym i nie chciał. Poza tą jedną sferą jednak chyba nie ma innych tematów, których nie spróbowałbym dotknąć w ksiażkach dla młodszych. Wyzwaniem dla mnie była Arka czasu, w której chciałem opowiedzieć o warszawskim getcie, o tym, czym było i jak wyglądało życie w nim.  Podczas pisania miałem sporo wątpliwości, w pierwszej wersji poza Rafałem nie przeżył żaden z jego przyjaciół i bliskich. Doszedłem jednak do wniosku, że takie zakończenie - choć najbardziej realistyczne - z punktu widzenia funkcji, jaką w moim zamierzeniu miała pełnić ta książka, jest niewłaściwe. Chciałem, aby Arka czasu coś uświadamiała, pozostawiała ślad w pamięci młodego czytelnika i przyczyniła się choć w nikłym stopniu do budowania świadomości naszej historii, a może nawet skłaniała do dalszego poznawania tej historii na własną rękę. Zakończenie, w którym umiera Lidka, Emek, dziadek i wszystkie zwierzęta było w moim odczuciu tak traumatyzujące, że zabijało całą opowieść - po przeczytaniu takiej książki mały człowiek zapamiętałbym przede wszystkim, że wszyscy, których polubił, i z którymi się zaprzyjaźnił podczas lektury, zginęli. Jednocześnie - w pewnym sensie - zamknęłoby to cały temat i unicestwiło potrzebę
dowiedzenia się o historii getta i jego mieszkańców czegoś więcej.

- Właśnie wydałeś książkę o Filipinkach, zespole, w którym śpiewała twoja mama. Co dalej? Bo szczerze mówiąc, obiecałam przekazać prośbę o drugą część Czarnego młyna...

Pracuję teraz nad nową książką dla dorosłych, która jest dla mnie kolejnym literackim eksperymentem, bo należy do gatunku, w którym jeszcze nie próbowałem swoich sił. Świetnie się bawię podczas jej pisania, ale oczywiście mam wielką tremę i denerwuję się tym, jak zostanie przyjęta. Jeśli wszystko dobrze, ukaże się w maju. Obiecałem też, że napiszę kontynuację przygód Majki z Czarownicy piętro niżej, to moje kolejne zadanie na ten rok, za które zabiorę się wiosną. Mam też zamówienia na dwie nowe sztuki teatralne - jedna z nich to kolejny wspólny projekt z Olafem Lubaszenko, a jej premiera ma odbyć się przed gwiazdką. Po drodze czeka mnie jeszcze premiera kolejnej inscenizacji Wydmuszki - tym razem w krakowskim teatrze Bagatela - i seria spotkań z czytelnikami w Niemczech. Na razie Iwo i Mela będą musieli poczekać, ale nie mówię nie na kontynuację Czarnego Młyna, bo sam też chciałbym poznać dalsze losy jego bohaterów.

- Zatem pół żartem, pół serio: czy rozważasz taką możliwość, że pod koniec życia biografowie będą jednak pisali o tobie "pisarz dla dzieci i młodzieży"?

Oznaczałoby to, że jednak nie uciekłem przed ostemplowaniem i ostatecznie zostałem upchnięty w jakiejś szufladzie, co dziś wydaje mi się trochę przygnębiające. Jednak być może za jakiś czas inaczej spojrzę na tę kwestię, choć oczywiście wszystko zależy od tego kiedy nadejdzie dla mnie to „pod koniec życia". Jeżeli ma dotyczyć wydarzeń, które nastąpią za - powiedzmy - kolejne czterdzieści lat, to dziś jest mi w gruncie rzeczy najzupełniej wszystko jedno.


©Marcin Szczygielski
©Monika Obuchow

Omega
Marcin Szczygielski
il. Arobal
stron 600
okładka twarda
wyd. Latarnik 2009


Za niebieskimi drzwiami
Marcin Szczygielski
stron 296
okładka miękka
wyd. Latarnik 2010

Czarny młyn
Marcin Szczygielski
il. z okładki Józef Wilkoń
stron 248
okładka miękka
wyd. Stentor 2011


Czarownica piętro niżej
Marcin Szczygielski
il. Magda Wosik
stron 312
okladka twarda
wyd. Bajka 2013


Arka czasu
Marcin Szczygielski
il. Daniel de Latour
stron 288
okładka miękka
wyd. Stentor 2013




8 komentarzy:

vandenesse pisze...

Rewelacyjny wywiad. Dla mnie najświetniejszą książką jest "Czarownica piętro niżej". Ze swojej strony chciałabym wiedzieć czy Ciabcia i łysawa Monterowa miały jakieś pierwowzory w życiu autora??? Nie ukrywam, że Ciabcia to postać, którą chyba każde dziecko chciałoby mieć w rodzinie :)

magdalena switala pisze...

A ja chciałabym wiedzieć, czy kiedy Autor był mały, miał swoją skrzynkę (tudzież puszkę) z dziecięcymi skarbami i co w niej trzymał? :)

Pani Zorro pisze...

Szanowni Państwo! Niestety jestem zmuszona odwołać zachętę do zadawania pytań w obecnej formie, ponieważ urwał się kontakt z bohaterem wywiadu i po prostu nie jestem więc w stanie sprostać obietnicy. Książkę rozlosuję zgodnie z harmonogramem wśród osób, które wyrażą swe pytania bez nadziei, że dostaną kiedykolwiek odpowiedzi... Tak romantycznie. Z drugiej strony widzę, że wywiad wyjaśnił już tak wiele rzeczy, że niewiele pytań pozostało. :-)

Fantazjana pisze...

Wywiad odsłonił wieeele, rzeczywiście pytań wiec mało:)) Męczy mnie właściwie jedno, inne są marginalne. W Marcina książkach tłoczno od detali. Rozmaitych, genialnych, odsłaniających niesamowitą wrażliwość autora. Czy to kwestia pietyzmu, fotograficznej pamięci, czy też robionych nieustannie (a później przetwarzanych) notatek z codzienności?

Fantazjana pisze...

Pani Zorro! Może dziś i dla dorosłych czytelników Dzień Dziecka - losowanie nagrody???

Pani Zorro pisze...

No tak!
Random.org z trzech numerów (po kolei wpisów) wylosował ... nr 1! Gratulacje! Proszę o kontakt: pani [at] zorroz.pl

MAMAtyka pisze...

Pani Zorro,

Po lekturze Czarownicy, moja córa pyta: czy jest ciąg dalszy?

Pani Zorro pisze...

Podobno „się pisze".