niedziela, 14 grudnia 2014

ŚWIĄTECZNE PODPOWIEDZI (z losowaniem)

Właściwie przez cały rok to robię na KSIĄŻKACH OBRAZKOWYCH, czyli wirtualnej półce obrazkowej, ale rzadko w tak skondensowanej formie: podpowiadam, czego szukać, by nie żałować, i jak wygląda pokazać. Gdy nadchodzi Boże Narodzenie, uruchamiam się, przypominając w nawałnicy propozycji, że książkę kupując można zawiesić się pomiędzy konsumpcją, a duchowością w efektownym kulturalnym geście. Wchodzę w techniczne szczegóły. Czasem rozdaję przekupstwa. Tak będzie i tym razem. Na samym końcu. Dla niecierpliwych małe unowocześnienie przekazu przy pomocy ciotki HTML.





Książka najlepszą zabawką. Zatem na początek zabawki, które udają książki.



Puzzle Lokomotywa - Julian Tuwim i Katarzyna Bogucka (szczegóły zestawu pod linkiem). Kartonowa książka plus duże, grube puzzle dla najmłodszych dzieci. Tu nawet dużo nie trzeba myśleć, bo wydawca napisał: „POMYSŁ NA PREZENT". I słusznie. Oby więcej takich połączeń.

Bardzo proste abecadło - Agnieszka Bałdyga i Edyta Marszałek przygotowały zestaw laminowanych kart do zabawy z alfabetem (w tym przypadku więcej szczegółów i podgląd do kart także znajdziecie pod linkiem). Mnie się podoba także cena: nie jest do rzecz niedostępna.  Zresztą dotyczy wszystkich zestawów kart, które wypuściło w tym roku Wydawnictwo Dwie Siostry.


Korek Jana Bajtlika ciągnie się na dobre kilka metrów, jeśli kolejne karty ułożymy w długi ogon. Do zestawu dorzucić można jeszcze „tekturkę" Auto, realny samochód jakiś w miniaturze (a gdyby jeszcze robiony własnoręcznie, ojcowie, to nie jest takie niemożliwe!) i radość murowana. Powinna być jeszcze płyta z odgłosami silników, ale na razie nie ma, więc podpowiadam, że można było taki numer znaleźć na ścieżce dźwiękowej z Vengo Tony'ego Gatlifa (gdybyście chcieli umilić sobie wieczór wigilijny), Mecanique Garage go zwą.

Mam oko na miasteczko - jest natrualną konsekwencją olbrzymiego powodzenia książek z serii MAMOKO, zarówno tych dużych do swobodnego snucia, jak i tych mniejszych, które podstępem chciałby dzieci czegoś nauczyć; na przykład alfabetu lub liczenia.  Tym razem Daniel i Ola Mizielińscy zaproponowali zestaw dwustronnych kart „budowlanych". Celem oczywiście stworzenie Nowego Wspaniałego Świata (z dobrze znanymi postaciami). Pomysł, jak wiadomo, iście szatański.

Teatrzyk Kamishibai - drewniana scena plus książki w kartach, które dzięki nam lub naszym dzieciom mogą przekształcić się w teatr. Nie pisałam jeszcze o tej formie czytelnictwa skrzyżowanego z performersem tylko z nadmiaru wrażeń (ale nie tych płynących z Kamishibai, bo jest to forma, nad którą jednostka ludzka właściwie całkowicie panuje niezależnie od wieku). Jeden z moich wielkich wyrzutów sumienia skonstruowany jest z drewna i otwiera się (właśnie) na oścież.  Można powiedzieć: teatr robi się i bez skrzynki. Oczywiście, jednak drewniana przestrzeń zachęca do opowieści - tych z kart, które można kupić w wydawnictwie, tych z pustych kart, które można kupić w wydawnictwie, a potem sobie zamalować pod własne dyktando, tych z głowy i bez kart, a z wykorzystaniem dostępnych przedmiotów bez opcji zakupu w wydawnictwie. Przetrenowaliśmy wiele możliwości, i jestem wielką orędowniczką takich rozwiązań w wymienionych odsłonach (zapewne są i inne możliwości). Karty zacnie zilustrowane. Pełen wachlarz na stronie wydawnictwa, niektóre podglądy na mojej wirtualnej półce.

Teatrzyk Kamishibai



Płyty dla dzieci: książki czytane, utwory śpiewane. Kto się rozmnożył, wie, ile muzycznej opresji zawiera słowo „dziecko". Właściwie to wszystko, czego czasem doświadcza ilustracja, jest chlebem powszednim muzyki.  Całe szczęście złe książki nie mogą śpiewać; niestety całkiem dobre płyty potrafią łypać straszliwymi ilustracjami.

Na wrażliwości estetycznej wypłynęło wydawnictwo BUKA. Do każdego zestawu płyt (bo często są to rzeczy wielopłytowe) dołączona jest broszurka. Całość zwykle pojektowana przez Grażkę Lange, ilustrowana przez Józefa Wilkonia.  A mówiłam, że opracowanie muzyczne też (oczywiście) jest zacne? Nie mówiłam? To mówię.

O płycie Prusinowskich już pisałam. Ludowo, bez cepeliady. Tradycyjne przyśpiewki doskonale wpiszą się w klimat świąt.  Dodatkowo okładka Marianny Oklejak. Gdzie się podział kusy Janek?

Wydawnictwo Jung Off Ska (aktorki Edyty Jungowskiej) podesłało mi kilka płyt. Całkiem sprytny zabieg, bo już dwa tygodnie później poleciłam komuś, szukającemu „czegoś ze śniegiem i świętami w tle" Latającą klasę Ericha Kästnera (czyta Piotr Fronczewski). A że wraz z płytami przysłano kupony promocyjne, nie będę wam żałowała. Z kodem K2dNnNI rabat na wszystkie pozycje ze sklepu będzie wasz.  Tajemnicą niech zostanie jego wysokość. Przekonajcie się sami. 



Książki do liczenia, rysowania, poznawania i innych działań tego typu.

Typogryzmoł Jana Bajtlika ujął mnie celowością zadań. Widać, że autor zastanowił się nad tym, co właściwie prócz mechanicznego wykonywania zadań, z niczego, czyli ambitnej głowy twórcy ma dać dziecku ta książka. Swoją pracę umysłową zawarł w pracy magisterskiej, jednocześnie wydając w Dwóch Siostrach „antykolorowankę", biorącą na tapetę liternictwo.  Wydawnictwo podciągnęło trochę opracowanie graficzne pod inną genialną książkę „do prac ręcznych", czyli Zróbmy sobie arcydziełko i tylko przychodzi mi się zastanawiać, co jeszcze miałoby się ukazać w tym formacie.

Książki  Hevré Tulleta plasują się gdzieś pomiędzy fikcją i non-fikcją, edukacją i zabawą (w Polsce te rzeczy się nie nakładają), czyta się je dla zgrywy, zaskakujących rozwiązań (choć po którejś z kolei rozwiązania robią się zaskakująco przewidywalne, ale nie mówcie tego dzieciom, one zapewne same są tego świadome), czasem żeby dostać cukierka.  W tym zestawieniu znajdzie się jego Książka do kolorowania.

Właściwie powinnam jeszcze wrzucić bloki do rysowania, które wydano w Naszej Księgarni jako uzupełnienie serii „Opowiem ci, mamo, co robią..." Niestety nie mam do nich podglądu, a ten, którego dokonałam w księgarni nie został zarejestrowany. Mam mieszane uczucia, jeśli chodzi o same książki, bo bez sensu okraszono pierwszą z nich (a może i następne?) pretensjonalnym tekstem o wartości poznawczej i niewątpliwym walorze edukacyjnym, czym urocze ilustracje, na których mrówki tradycyjnie zamiatają korytarze wepchnięto w etos dydaktyczny (nie wiem, dlaczego aż korci mnie, żeby napisać „stos").  Jak wszyscy wiemy życie mrówek obfituje w wydarzenia zbliżone do tych, które dotykają homo sapiens, więc - jak zwykle - się czepiam.

Liczę do 100  Magali Bartos to kolejna książka-zabawka, a zabawa polega na dziubaniu palcem w rysunki, czy aby wszystko się zgadza. Jak już ktoś podpuszcza i mówi, że 59 kółek, to dzieci podejmują wyzwanie i każą rodzicom liczyć. Pobawcie się więc po kolacji wigilijnej. Bawić się można by było także z pingwinami, niestety polskiej wersji nie mam, więc mogę jedynie powiedzieć, że angielska miała i świetny projekt, i słuszny rozmiar, a do tego całkiem zgrabny tekst. Jeśli udało się to wszystko po polsku, warto przyjrzeć się i tej książce, czyli 365 pingwinów Jean-Luc Fromentala i Joëlle Jolivet.

Uniwersytet dziecięcy to seria trzech książek, wydawanych przez Dwie Siostry. Od 2009 zdołaliśmy osiągnąć już semestr drugi. Ulrich Janssen i Ulla Steuernagel wyjaśniają, Robert Kędzierski tłumaczy: Dlaczego dorosłym wolno więcej niż dzieciom? Dlaczego śnimy? Dlaczego słyszymy? Dlaczego rośliny rosną? Dlaczego ja to „ja”? W tle pytań ilustracje Klausa Ensikata.

Anatomię farmy kupiłam swojemu synowi pod choinkę w zeszłym roku. Po angielsku.  Dzięki temu wiedział, jak narysować owies.  W tym roku można już kupić po polsku i o owsie poczytać, nie tylko go oglądać (chyba, że angielski nie jest przeszkodą).  Julia Rothman proponuje wiernie, aczkolwiek z autorskim rysem, podstawowe artefakty amerykańskiej wsi (kukurydza, zboże, połacie mięsa). Śledziłam jakiś czas temu także blog Julii. Nie śledzę, bo już nie nadążam śledzić czegokolwiek w necie. Zanim odpadłam, zdążyłam kupić jeszcze dwie inne jej książki, a na blogu wejść z polemikę z germańskim frustratem na temat tego, czyj jest Gdańsk.  

Druga książka z tego samego wydawnictwa, czyli Astrokot odkrywa kosmos.  Na FB dyskusja się wywiązała o tym kocie, a ściślej mówiąc o jego kompetencjach. Warto prześledzić, obejrzeć książkę, wyciągnąć wnioski, ale wydanie robi wrażenie, a i jak widać prowokuje do dyskusji.  Ostrzegam, format spory, więc nie pod każdą choinkę się zmieści. O rozmiarach choinek pisałam trzy lata temu i powtarzać się nie będę.





To może w końcu trochę fikcji?  Coraz trudniej o takie.  To był rok wiedzy, jak się okazuje.

Tokio, które stworzył Taro Miura jest częścią serii opowiadającą nie tyle o miastach, co uczuciach. W tej książce (na stronie wydawnictwa) spotykam się z dr Magdą Sikorską (a każde spotkanie nieustająco mnie cieszy), więc polecę nasz duet sceniczny:

„[...]  Czerpie z tradycji książek edukacyjnych i przewodników turystycznych, ale poziomem i zamysłem artystycznym znacznie przewyższa dostępne publikacje o podobnym profilu. [...] Skłania się ku całościowemu rozumieniu człowieka i jego miejsca w świecie, pokazując jak drobiazgi i szczegóły [...] tworzą jedynie kulturowo i krajobrazowo rozpoznawalne tło dla człowieka, jego doświadczeń, emocji i doznań”. (Magdalena Sikorska)
„[…] Jest nie tyleż przewodnikiem po Tokio, co zaproszeniem do artystycznej podróży wgłąb japońskiego postrzegania miejsca i przestrzeni. [...] Mimochodem przemyca konkretną wiedzę: japońskie ideogramy, symbolikę, fakty i zwyczaje. Jego zamysłem jest wyzwolenie w odbiorcy uczucia tęsknoty za miejscem, którego nie widział, marzeń o poznaniu, jeśli nie samego miasta, to choć kultury, którą sobą reprezentuje. "  (Monika Obuchow)
Niebawem podgląd.

Ballada  Blexbolexa, oczywiście. O książce pisałam na blogu, książce patronuje moja Fundacja Z.O.R.R.O.Z. Prócz tego, o czym już było, dorzucę więc, że fizyczność książki, czyli niewielki format i wielość stron wpisuje ją w format notesika, w którym chciałoby się zapisywać kolejne odkrycia. A tych na pewno wiele przy niedopowiedzianej strukturze.

Uczta u królowej  Rutu Modan może stać się fantastycznym komentarzem do wielogodzinnych rodzinnych konsumpcji.  Bo dobrze przypomnieć sobie zasady dobrego zachowania, nawet jeśli za chwilę wywraca się je do góry nogami.  Po tej lekturze mój syn wydał z siebie westchnienie: „ - Ale chciałbym pójść na przyjęcie do królowej." Uwielbiam Rutu Modan. Część tego uwielbienia przekazałam we wpisie na blogu.  Przy okazji sforując się z tematem (bo dorośli będą później): polecam Zaduszki, także z Kultury Gniewu.


[i tu powinny być jakieś fanfary]

Jestem pod wielkim wrażeniem Prezentu dla Cebulki, drugiej książki z cyklu, który od zeszłego roku wydawnictwo Zakamarki wydaje z okazji adwentu. Ani poprzedniej Wierzcie w Mikołaja (polecałam w zeszłym roku), ani tegorocznej, czyli właśnie Prezentu dla Cebulki, nie czytaliśmy zgodnie z założeniami, czyli jeden rozdział dziennie.  To byłaby mordęga.  Właściwie żadna książka nie zrobiła na mnie w tym roku tak wielkiego wrażenia. Chwyciła mnie za serce, co nie jest sztuką, bo nabieram się na najbardziej stereotypowe zabiegi, zatem powiem więcej: wzbudziła podziw niezmiernie sprawnym balansowaniem między brutalizmem, a tkliwością, oczywistością, a niedopowiedzeniem, poruszaniem w tak finezyjny sposób ważnych kwestii społecznych, że wpisuję tę książkę do KANONU ZORROBLOGA (który niniejszym powołuję). Chylę czoła przed potęgą skandynawskiej literatury, nawet jeśli z tej pozycji miałabym nie dostrzec urody polskich tekstów (a nie dostrzegam, niestety). Napiszę o Cebulce osobno, zasługuje na szerze potraktowanie, a nawet spóźniona nie pójdzie na marne.  Zatem zostawiam sobie jeszcze kilka słów do powiedzenia na przyszłość i boleję, że wymieniona w tym zestawieniu, może umknąć waszej uwadze. Niech nie!




Biografia, książki obrazkowe oraz wznowienie opowieści o Muminkach w nowej szacie, niebawem komiks (właściwie już miał być, ale go nie ma, więc go tu też nie ma, a szkoda) - tak świętujemy setną rocznicę urodzin Tove Jansson. Zróbcie jej prezent i kupcie coś z zestawu. Co konkretnie? Trzy obrazkowe książki Jansson winien mieć każdy szanujący się wielbiciel gatunku, biografię, wszyscy wariaci doszukujący się ukrytych znaczeń w Muminkach, a same Muminki ci, którzy zaczytali stare egzemplarze, lub nigdy nie czytali, bo pop-kultura kazała im wierzyć, że wiedzą wszystko o Muminkach bez czytania Muminków. Trochę żałuję, że Nasza Księgarnia nie ma więcej szaleństwa w swoich szeregach. Ten kartonowy beż wieszczy niepokój, ale okiełznał go rozsądek i wyszło jak zawsze - na rubieżach normalności rynku. A graficzno-wydawnicze szaleństwo mogłoby się w tym wypadku opłacić! Co do biografii. Boel Westin przewertowała wszystkie dostępne materiały, wdrążyła się w jądro Jansson, próbując udowodnić, że nie samym Muminkiem żyła, tymczasem wydawnictwo srogo sobie zakpiło z jej wysiłku, okraszając po polsku zabiegi tytułem Mama Muminków. Sto lat, Marginesy! Uśmiałam się stokrotnie. Niech Tove Jansson rozrusza się trochę w grobie z okazji urodzin. O Muminkach pisałam na blogu dawno temu z okazji 65-ich-lecia  i uaktywnieniu się Moomin Characters, firmy, która tworzy opowiastki „na podstawie opowiadań" Tove Jansson (wydaje Egmont). Dosyć dobrze się na to patrzy, można nawet czytać, ale neofitka jak ja powie: jeśli te Moominy mają jakieś Characters, to na pewno nie te, które im nadała mama (sic!).


Królestwo dziewczynki / Dwoje ludzi / Oczy - to był polski rok Iwony Chmielewskiej. Wydała dużo swoich... starszych książek. Cieszę się, że nadrabiamy zaległości, Iwonie współczuję, bo jej rodzima publiczność nie ma szansy zapoznawania się z jej twórczością w kolejności chronologicznej, a to ważne w przypadku twórcy książek obrazkowych.  W każdym razie proponując Iwonę przechodzę na grunt „nie tylko dla dzieci", bo jedynie słowo „obrazkowa" przywiązuje ją do dziecięcej publiki. Z drugiej strony, czy to powód do zmartwień? Chyba tylko, jeśli dzieciństwo i dziecko traktujemy w kategoriach słabości. Tak na pewno nie myśli o dzieciach Iwona Chmielewska - zatem i dla dorosłych już kobiet (Królestwo dziewczynki) i dla tych dojrzewających (książka z zaskoczenia spowodowała niesamowite poruszenie i spolaryzowała wizje kobiecości, tym bardziej polecam źródło tego zamętu, czyli samo Królestwo); dla dorosłych, którym bliski jest język mówienia o związku, w którym dwoje ludzi to nie źródło chaosu, lecz dopełniających się żywiołów (Dwoje ludzi), ale i dla dzieci, bo i one mogą być romantykami; dla wielbicieli wizualno-tekstowych metafor (Oczy) - dziecięcych i dorosłych. Tam nie ma  niewłaściwych treści, część treści pochodzi bowiem od was. I w ten sposób miękko przechodzimy pomiędzy selekcją dziecięcą, a dorosłą.



Atlas wysp odległych Judith Schalansky ma w sobie jakość szwajcarskiego zegarka, a właściwie książki. Jakiś czas temu Galeria Raster zaprosiła w ramach współpracy polsko-szwajcarskiej, czyli pewnego grantu kilku twórców /wydawców i zebrała ich pod hasłem: „How to design art books?"   Poziom edytorski, w tym jakość fotografii reprodukowanej mnie poraził. Ten sam posmak zostaje po książce Niemki, Schalansky. Urodziła się w 1980, a jej nazwiskiem nazwano już asteroidem. Pociesza mnie tylko fakt, że na kilka wieków przed moim urodzeniem nazwano miasto na Ukrainie moim nazwiskiem. Ale ten atlas? Czy on jest dla dzieci? Czemu nie, choć na pewno nie tylko.



Co czytali sobie, kiedy byli mali
- wywiady Ewy Świerżewskiej i Jarosława Mikołajewskiego z Jerzym Bralczykiem, Januszem Gajosem, Pawłem Mykietynem, Bohdanem Butenką, czy Kazikiem Staszewskim to część pracy nad zapisaniem świadectwa dzieciństwa, które powinniśmy wykonać, nim wszyscy zapomną, jak to było zanim wynaleziono smarfona. Książka zacnie wydana (projekt Marcin Wicha), rozmówcy dowcipnie sportretowani (przez Daniela de Latoura). Fragmenty archiwów rozmówców, okładki książek, o których niewielu już pamięta. Darowałabym sobie tylko to okładkowe utyskiwanie: „ponad połowa Polaków nie czyta", „czy bez książek bylibyśmy tym, kim jesteśmy". Czas nastawić inną płytę (a może wrzucić coś na iPoda).



Dla dorosłych.

50 lat ilustracji - selekcja najlepszych ilustratorów, jak łatwo się domyślić, ostatniego półwiecza. Pokusić się o coś takiego na raptem trzystusiedemdziesięciukilku stronach to nie lada wyczyn. Zawsze kogoś zabraknie, zawsze będą ci, których można wymienić (na innych). Polacy są, więc możemy niejako oficjalnie czuć się pełnoprawną częścią światowej historii ilustracji (gdyby jeszcze kogoś dręczyły kompleksy); są także ilustratorzy znani z książek dla dzieci (Sendak, Janosch, Ungerer), co przypomina o pewnym ważnym fakcie: pod koniec lat 50 szło się do książek obrazkowych tylko wtedy, gdy osiągnęło się już wiele w reklamie i ilustracji prasowej (tudzież pokrewnym plakacie) - picturebooki były wisienką na torcie. Skądinąd niektórym po tym przejedzeniu odbijało się ze dwadzieścia lat, co pokazuje historia Tomiego Ungerera, wyrzuconego z amerykańskiej literatury dziecięcej za nadmierną eksplikację myśli w pozostałych gatunkach. O Ungererze pisałam zresztą, bo to dopiero postać, chciałabym pokazać także jego ostatnio wydaną w Polsce książkę dla dzieci, ale niestety nie doszła do mnie. A szkoda, bo zawiera opowiadanie Crictor, które sobie cenimy. Na razie w języku angielskim.

50 lat ilustracji / L. Zeegen, C. Roberts / wyd. TMC 2014




Komiksy dla dorosłych (oznaczenie, które oczywiście przyciąga dzieci, a czasem nie powinno) w cyklu Mistrzowie komiksu. Tam m.in.  Fin de siècle, V jak Vendetta, Strażnicy, Umowa z Bogiem, Batman: powrót mrocznego rycerza, Piotruś Pan, Indiańskie lato. Pełna lista na stronie wydawnictwa Egmont. Prawdopodobnie jest doskonałą ściągawką dla tych, którzy dopiero wchodzą w ten świat. Seria wychodzi nie od dziś, ale w tym roku wysypało się wiele tytułów. Warto je sobie przejrzeć, bo choć drogie, zadzwiajająco szybko się kończą. A jeśli ktoś wielbi komiks, radziłabym doczytać ten wpis do końca.




Dzienniki 1825-1875, Andersen w tłumaczeniu Bogusławy Sochańskiej; mrówcza praca doceniona przez Duńczyków, którzy sami przedtem musieli przejść przez kilometry zdań zapisanych odręcznie przez swojego wieszcza i największego ambasadora kraju. Czy myśmy się kiedykolwiek wcześniej zastanawiali kim był autor „Dziewczynki z zapałkami" i „Królowej śniegu" (i wielu innych baśni i opowiadań, wydanych ostatnio na nowo w trzytomowym zestawie przez Media Rodzinę)? Biedny, brzydki i utalentowany - w ten trójkąt wpisywały go przedmowy do baśni, z których najpiękniej zilustrowane noszą podpis Jana Marcina Szancera, koniec kropka.  Tymczasem Sochańska odkrywa Andersena, zdejmuje z niego tę przykusą kołderkę, a my razem z nią; niektórzy nawet bardziej z nią, bo miałam przyjemność pojeździć sobie szlakiem Andersena wraz z kolegami po fachu, a w czasie frapującej tej wycieczki sączono nam do uszu niebywałe historie z życia wtedy jeszcze papierowej osoby. Z papierem w wydaniu duńskim ma on tyle wspólnego, że z zapałem go ciął, czego efekty widać w trzytomówce baśniowej. Ona, a i same dzienniki (no i podróż, która ułożyła mi to w odpowiedni wzór) pokazuje jasno, że uwielbiana przeze mnie (a chyba w ogóle przez słowian) rokokowa wersja romantyczna uderza właśnie w mur duńskiego chłodu, porządku i zewsząd wypełzającego egalitaryzmu estetycznego.  Mam nadzieję, że jeszcze rozumiecie o co mi chodzi, bo to jest zdecydowanie do rozwinięcia, które nastąpi.



Sztuka i percepcja wzrokowa Rudolfa Arnheima. Marzy mi się stworzenie zestawu, a w rezultacie i zakładki na blogu, który rozjaśniałby mroki rozumienia obrazu.  Tam na pewno znalazłby się Arnheim, choć już innymi nazwiskami podniecają się akademiccy badacze.  Czytać jednak poniekąd polemiki, lub też śledzić kolejne ewolucje bez znajomości podstaw, choć wpisywałoby się doskonale w dzisiejszy trend ignorancki, zdaje się być mi jednak posunięciem zubażającym, a ponadto (choć nie chcę was zniechęcać do poszerzania wiedzy) dzisiejsze wyżyny teoretyczne to hermetyczna hermeneutyka (bez obrazków). A tu nawet dużo obrazków (wierzcie na słowo).

O sztuce, E. H. Gombrich. Właśnie jest jeszcze Gombrich. W kontekście poprzedniego fragmentu nie zdziwi was przecież, że kolejnym nazwiskiem będzie ktoś, kto za punkt honoru stawiał sobie jasność i przejrzystość myśli, prostotę wyrazu? W przedmowie do pierwszego wydania zaczynał tak: „Książka ta przeznaczona jest dla wszystkich, którzy odczuwają potrzebę sięgnięcia do przewodnika po obcej i fascynującej krainie." To był 1950 rok. Książka, którą wydał Rebis jest tłumaczeniem szesnastego wydania z 1994 roku. „[...] przepełniony jestem zdumieniem i wdzięcznością. Zdumieniem, gdyż świetnie pamiętam swoje skromne oczekiwania przy pisaniu tej książki, i wdzięcznością dla pokoleń czytelników [...], którzy widocznie uznali ją za tak przydatną jako wprowadzenie do naszego artystycznego dziedzictwa, że polecali ją  coraz większej liczbie innych."


Bruno Munari, kolejny klasyk, tym razem dizajnu i sztuki książki w polskim wydaniu Dizajn i sztuka (ciekawe, dlaczego nie Dizajn jako sztuka, tak jak w oryginale; to pewnie pytanie do tłumacza, Mateusza Salwy). O Munarim kilka słów można znaleźć na blogu. Urodzony w 1907, zmarł w 1998. Włoski artysta projektant, inspiracja dla wielu pokoleń ludzi parających się sztuką użytkową (a może i nie tylko); oczywiście tworzył także dla dzieci. Książkom dziecięcym poświęcił zresztą jeden dosyć skromny felietonik, zawarty w wyżej wymienionym zbiorze (w rozdziale „Projektowanie graficzne").  „Poznawanie dzieci to jak poznawanie kotów. Kto nie lubi kotów, nie lubi także dzieci ani ich nie rozumie."






Szerzcie dobrą nowinę, mówcie, że jest z czego wybierać. Każdy kto tu, w komentarzach wrzuci link do strony (bloga lub FB, albo gdzieś, gdzie nawet nie pomyślałam, że można; pamiętajcie tylko o ustawieniu widoczności na „publiczne", jeśli chodzi o FB), na której polecił zestaw tenże / powyższy, weźmie udział w losowaniu albumu Enki Bilala i Pierre'a Christin Fin de siècle. W tym roku nagradzam dorosłych, którzy czytają  (także) o kulturze dla dzieci.

Losowanie  odbędzie się 29 grudnia, a wynik będzie prezentem noworocznym. Obyście dużo czytali i oglądali (czytając) w 2015.

31 komentarzy:

MAMAtyka pisze...

Bardzo dziękuję! Piotra F. już mam w koszyku.

Edziab pisze...

Na FB wrzucone - Edyta Czuber

momarta pisze...

Aaaa! Zaczęło się tak dobrze (to mam, to mam, to znam), a potem zrobiło się strasznie (tak, to, to, koniecznie! O! I to! I jeszcze to!!!). Nie wiem czy Ci dziękuję, doprawdy. Jak nic czeka mnie bowiem smutny los człowieka, który ma mnóstwo strawy duchowej, za to zwykłej paszy ani grama:(

Marta Wojnicz pisze...

https://m.facebook.com/story.php?story_fbid=1002002513150075&id=100000210065131

czytanie.em.em pisze...

Dziękuję za ogrom podpowiedzi - nie tylko w tym wpisie!
Z przyjemnością zalinkowałam
- na fb https://www.facebook.com/monika.mellerowska
- na blogu jako wpis, i na pasku widgetów (na potrzeby reklamy podebrałam logo bloga, które oczywiście zaraz potem usunę z komputera i pamięci!): http://moni-libri.blog.pl/2014/12/14/wpis-swiateczno-prezentowy-najlepszy-ever-nie-moj-rzecz-jasna-a-znak-zorro/

Pozdrawiam
M.

czokapu pisze...

Zalinkowane na fb - Ania Pomianek : https://www.facebook.com/ania.pomianek

Monika pisze...

ciekawe, dlaczego nie Dizajn jako sztuka, tak jak w oryginale; to pewnie pytanie do tłumacza, Mateusza Salwy --> hej, to jest wyjaśnione w książce właśnie przez tłumacza, pozdrawiam!

Karolina Obrzut pisze...

Udostępnione na facebooku: https://www.facebook.com/karolina.izabela.obrzut/posts/10204755366099757

Przydatna ściągawka. Czekam na dalsze wieści o Cebulce:)

zimowa pisze...

Czy spryciulą będę zwana,
gdy aby być dwa razy losowana
umieszczę linka na fb
oraz na blogu? Kto to wie...?
Patrycja Ewa Czerniecka

Komentator pisze...

Poszło na FB. Świetny poradnik,gratuluję!

http://znak-zorro-zo.blogspot.com/2014/12/swiateczne-podpowiedzi-z-losowaniem.html

Pani Zorro pisze...

Cieszę się, że się przydaje!
zimowa: każdy tutaj raz wpisany uczestniczy. :)
Monika: rzeczywiście! Czytałam po angielsku i posłowie tłumacza w wydaniu polskim przegapiłam, biję się w piersi. Tak, czy siak właściwie dzisiaj i tak rozważania wydają się być nawet już i nie akademickie. Bo czym właściwie jest rzemiosło, czym sztuka, gdzie przechodzi granica? Wszyscy więc, jak sam tłumacz zauważa, tłumaczyli "jako sztuka". Może powinien odważnie jednak ostawać przy tym rzemiośle? Warto je powrócić do łask.

poetessa pisze...

Udostępnione: https://www.facebook.com/magdalena.kincel/posts/759463187434267?pnref=story
Dzięki za inspiracje teatrzykiem :)

Paweł Stempniak pisze...

Co za set!
Dozgonne dzięki. Podzielone między ludźmi tutaj:
https://www.facebook.com/GeekTataPL/posts/585178821582184

Rzeżucha pisze...

Bardzo mi przyjemnie było popełnić taki pasożytniczy wpis oraz zupełnie niebezinteresowny w dodatku :)
stasiekpoleca.blogspot.com/2014/12/grudniowy-post-o-czytaniu-gdzie-indziej.html

Pani Zorro pisze...

Och, świąteczny klimat! :) Dzięki, dzięki!
Przy okazji: jaka wspaniała okazja, by poznać tylu nowych ludzi. O ile wielu czytelników się dawno ujawniło, o tyle ciągle pozostają rzesze tajemniczych milczących wizytatorów. Może i nowych? Dzień dobry, Polsko! :D

Anna pisze...

Jeszcze zanim doszła do końca, pomyślałam, że muszę koniecznie podzielić się tym wpisem na FB:)
Piękne zestawienie! Dziękuję.

malena pisze...

Poleciłam z ogromną przyjemnością. Pozdrawiam

https://www.facebook.com/ela.be.9/posts/807772979262182

Książkozaur pisze...

Ja też udostępniłam :) (Książkozaur)
Synek dostanie "Korek", moja mama "Dwoje ludzi", ale marzy mi (tak, mi!) się jeszcze Cebulka, Mamoko... i kilka innych ;)

Książkozaur pisze...

Ach, no i Andersen! Andersen koniecznie...

Fantazjana pisze...

Najbardziej mnie kusi, by poznać "Prezent dla Cebulki" - "Moja mama Gorylica" tej samej autorki mocno, pięknie zaiskrzyła u nas;)
Podlinkowane: https://www.facebook.com/pages/Kokon-Fantazji/504552019590616
Obyśmy jeszcze więcej czytali!!!

aeljot pisze...

Polecone na moim blogu http://aeljot.blogspot.com/2014/12/swiateczne-podpowiedzi-na-zorroblogu.html

I jeszcze tak dopiszę - gdyby tylko chęć mojego czytania szła pod ręką z zasobnością portfela czy choćby stanem księgozbioru biblioteki publicznej...to byłoby życie.

Buba Bajdocja pisze...

Poleciłam tu:
https://plus.google.com/104789564638039832164/posts/8njhUP83zzL

Pozdrawiam :-)
Buba

Anna Mazur pisze...

Dzień dobry,
i ja chwalę swym udostępnieniem, tej dobrej pozycji spośród tych wszystkich świątecznych miszmaszów
Pozdrawiam, Anna Mazur https://www.facebook.com/anna.mazur.146/posts/731970580249884

Katarzyna pisze...

My też "u nas" polecamy tę wyszukaną listę: ttp://www.inna-bajka.kobietnik.pl/ - różnież pożyczyłam koci fotel.

Ania pisze...

Pozdrawiam lubiony blog i polecam na FB wpis :)
https://www.facebook.com/anna.ginka?fref=nf

bloggerka: niespa pisze...

Polecone na FB!

https://www.facebook.com/profile.php?id=711200411

katachreza pisze...

Dziennik frazeologiczny poleca u siebie! https://www.facebook.com/pages/Dziennik-frazeologiczny/422205267875036 i biegnie niniejszym po "Prezent dla Cebulki"!

Dziękuję, po stokroć za stos rekomendacji, człowiek robi się od niego niepoczytalny w księgarniach :>

Wesołych!

bebeluszek pisze...

Bebe też poleca: https://www.facebook.com/bebeluszek
Bo jak tu nie polecać?!

Takie zestawy sprawiają, że tęsknię za Polską.... bo naprawdę jest z czego wybierać! Różnorodność, w porównaniu z Teutonią, jest wręcz oszałamiająca!

No i Arnheim w tym zestawieniu, aż kręci łzawe karuzele w oku.... czytało się na studiach do poduszki.

Pani Zorro pisze...

Dzień dobry po Świętach, a przed Nowym Rokiem. Nadszedł ten dzień, 29 grudnia 2014, gdy
przyporządkowałam tych, którzy zadeklarowali, że udostępnili,
czym dali mi znak, że chcą, że pragną i oto jaka lista mi powstała:

1. Edziab
2. Marta Wojnicz
3. czytanie.em.em pisze
4. czokapu
5.Karolina Obrzut
6.zimowa
7. Komentator
8. poetessa
9.Paweł Stempniak
10. Rzeżucha
11. Anna
12.malena
13. Książkozaur
14. Fantazjana
15. aeljot
16.Buba Bajdocja
17. Anna Mazur
18.Katarzyna
19. Ania
20. bloggerka: niespa
21. katachreza
22. bebeluszek

Maszyna losująca z random.org, mając takie dane,
wylosowała nr 18.
Gratuluję Katarzynie! Proszę o kontakt via mail:
zorro-nie [at] o2.pl
Bardzo Wam dziękuję za wpisy, polecenia, w ogóle chęć odezwania się
tu do mnie.
Do usłyszenia w Nowym Roku!

katachreza pisze...

Gratulacje dla Katarzyny, co wygrała!
I serdeczności dla Niepoczytalnej Maszyny Losującej :-)

Przed Wigilią pracowicie czesałam półki poznańskiej, a dokładniej - jeżyckiej księgarni Arsenał, z urządzeniem mobilnym otwartym na tymże właśnie wpisie na blogu i dręczyłam co bardziej piśmienny personel pytaniami, czy "mają jeszcze to". Mieli.

Dziękuję za szerzenie kultury i sztuki z dostawą pod rozbiegane oko :-) Okropnie fajne, proszę o wiele takich kontyngentów z tytułami i nazwiskami w przyszłym roku :-)

Serdeczności noworoczne, i niech się literom dobrze układa z obrazkami.

Pozdrawiam znad takiej jednej niespełna siedmiolatki, która dzisiaj uroczyście sama skończyła czytać pierwszych dziewięćdziesiąt stron bitego tekstu i dostała następnie z dumy i radości pomieszania zmysłów z elementami epifanii :>

Justyna - Katachreza


Pani Zorro pisze...

Jak dobrze czuć się potrzebnym. :)
Moja sześcioletnia córka właśnie postanowiła się nauczyć czytać i zawzięcie składa serię „Czytam sobie". Uważa, że szkoła jej do tego nie potrzebna.

Dziękuję za życzenia i do usłyszenia w 2015, bo to już za chwilę.