wtorek, 12 października 2010

Ostry dyżur

A teraz będzie o naszej ulubionej książce. Nie że jakaś szczególnie mądra, ładna czy też artystyczno-akrobatyczna. Śmieszna. W naszym kanonie jedna z pierwszych pozycji w dziale "bawarski humor monty-pythona". Bardzo rozległa kategoria, rozpisana na kod genetyczny. Poznajcie "Ostry dużur w szpitalu dla zwierząt" Fabrice'a Lelarge'a z ilustracjami Francois Ruyera.


Szpital, prowadzony przez doktora Słonia ogarnęło szaleństwo, którego nie okiełznałby nasz NFZ.  Niby Słoń tam rządzi, ale w zasadzie walczy z rebeliantami w macierzy.  Głównie z doktorem Tse-Tse (owadochirurgiem), którego niezbyt poważa i vice versa. Walczy także (wiadomo) z pielęgniarzami, którym brakuje marchewki (zepsuł się automat) oraz ogólnie użera się z personelem.  A jest z kim! 



Asystentoperz co i rusz rzuca się na pacjentów, bo po godzinach ma problemy egzystencjalne i uważa się za księcia Brakulę.  Dr Tse-Tse po wypiciu soku porzeczkowego przemienia się w drapieżną muchę, a wiadomo, co takie muchy potrafią.  Kury sanitariuszki nic tylko biegają i sieją zamęt.  Susła anestezjologa ciągle trzeba szukać (skąd my to znamy?), bo zasypia, gdzie popadnie.  W tle:  kret-okulista, boanestezjolog, ośmiornica-telefonistka, szopy pracze i psychorożec, któremu wydaje się, że jest psychorożcem. 


Są także pacjenci.  Po karambolu na ślimostradzie nr 1 (żółw przekroczył maksymalną prędkość  i staranował grupę ślimaków) do szpitala trafiają poszkodowane ślimaki, psy-policjanci przytransportowali kota, który połknął piłeczkę, dwa konie krewniaczkę zebrę, bo chora na zefebrę, lew stracił grzywę przez grasujące sierściojady, a zachłanna kura nie może znieść jajek, bo zatruła się czekoladą.


Doktor Tse-Tse jest świetnym anestezjologiem, ale kiepski z niego owadochirurg.
Jedno musimy sobie wyjaśnić, Tse-Tse: tu i teraz jest pan anestezjologiem, a żyrafę operuję ja!
Piękna zzyrafo, jesst pani w dobrych rękach!
Oddajcie mi grzywę, bo obaj skończycie w moim brzuchu!
On mnie ugryzł, wyobraża pan sobie?  Mnie!
Nareszcie ten insekt na coś się przyda!
Nie tak blisko panowie! Wszędzie będzie pełno sierści.
My chcemy marchewki, my chcemy marchewki! 
Nie ma marchewki, nie ma pracy!



Na pochwałę zasługuje tłumaczenie.  Sprawdzają się zarówno nazwy lekarzy,  jak i dziwnych przypadków klinicznych, śmieszy humor dialogów.  Nic nie zostało położone (na łopatki), a można by się tego spodziewać po takim szpitalu...


Książka jeszcze dostępna. Chyba nie cieszyła się wielką popularnością.  Dziwi mnie to, bo bardzo swojska. 

Ostry dyżur w szpitalu dla zwierząt
tekst Fabrice Lelarge
il. Francois Ruyer
tłum. Gabriela Hałat
wyd. Siegmioróg 2004
oprawa twarda
stron 114
format  23 x 30

2 komentarze:

aneta pisze...

Tak, tak!!! Musimy ją wyciągnąć znowu. Starszy wpadł w sidła gdy miał 3 lata. Młodszy, sądząc po tym jak zaśmiewa się przy Findusie, jest już gotowy.
Moja ulubiona domowa anegdota związana z tą książką http://forum.gazeta.pl/forum/w,16375,84768514,84834870,Re_Dzieci_i_ksiazki.html?wv.x=1
Nie będę ukrywać - dokładnie pamiętam, że kupiłam ją dzięki Tobie:))

Rzeżucha pisze...

Dzięki! Zobaczyłam, zamówiłam, dziś doszło. Jeszcze nie pokazałam chłopakom (dużym i małym), bo po targach mamy chwilowy nadmiar nowości, ale ja już po lekturze - ubawiłam się bardzo. No i na prezent dla znajomych lekarzy jak znalazł :D